Wczorajszy wzrost WIG20 o 1,4% to był jeden z lepszych - o ile nie najlepszy - wynik spośród głównych indeksów w Europie. Nie da się ukryć, że na Starym Kontynencie trendy wzrostowe na giełdach akcji są ostatnio trochę słabsze. Wprawdzie wydawało się, że zwyżkując w zeszłym tygodniu do 2934 punktów indeks Dow Jones Euro Stoxx, rozpoczyna nową falę wzrostową, to jednak nic takiego na razie nie nastąpiło. Indeks w dalszym ciągu znajduje się poniżej zbudowanego na początku marca szczytu na 2959 pkt. Dopóki wierzchołek ten nie zostanie przebity, pozycja byków w perspektywie średnioterminowej wciąż jest niepewna. Bardzo trudno pozbyć się wrażenia, że trend jest dość kruchy.

Takie samo wrażenie można odnieść przyglądając się niektórym indeksom krajowym. Wprawdzie niemiecki DAX jedną z zeszłotygodniowych sesji zamknął na najwyższym poziomie od 52 tygodni (4233,7 pkt.), ale już na następnej sesji na wykresie powstała wysoka czarna świeca. Francuski CAC-40 - który ostatni raz 52-tygodniowe poprawił przed czterema tygodniami - zanotował w piątek jeden z największych spadków w tym roku. Spośród wskaźników, które mogą mieć wpływ na poziom notowań w Warszawie śladów słabości nie przejawia praktycznie tylko węgierski BUX, który po szóstym kolejnym wzroście znów poprawił historyczny rekord - 14 775,1 pkt.

Na rynku amerykańskim mamy właśnie ciekawe starcie wskaźników fundamentalnych z analizą techniczną. Zeszłotygodniowe wybicie Nasdaq Composite do 2162 pkt, a więc ponad szczyt z początku roku, załamało się. Indeks nie dał rady utrzymać się ponad zbudowanym na początku grudnia szczytem na 2151 pkt. To negatywny sygnał techniczny, zachęcający do sprzedaży akcji. Ale wczoraj inwestorzy dostali wsparcie od wskaźnika wyprzedzającego koniunktury, który wzrósł po raz pierwszy od sześciu miesięcy (+0,2%). Początkowo rynek przyjął ten odczyt bardzo korzystnie - Nasdaq Composite sięgnął 2155 pkt, ale po dwóch godzinach spadł o 15 punktów. Zapewne inwestorzy uznali, że na jednym wzroście wskaźnika trudno budować optymistyczne prognozy.