Prawie nic nie jest już nas w stanie zadziwić. Ani posłowie ustalający bez żenady przez telefon komórkowy szczegóły dotyczące mercedesa w wersji "full wypas", mającego być wynagrodzeniem za pomoc w załatwieniu różnych spraw. Ani były premier i jego minister, którzy pamiętają zupełnie inne rzeczy (mało tego, ich wersje często się wzajemnie wykluczają). Ani nawet przyznanie socjaldemokratycznemu wicepremierowi nagrody Kisiela. Prawie, bo mnie jednak ostatnio zadziwił budżet na 2005 rok. A właściwie jego deficyt.
Oceny projektu są różne i zależą głównie, jak się można domyśleć, od politycznego umocowania. Przedstawiciele rządu są generalnie zadowoleni, jego bezpośredni twórcy nawet więcej. No cóż, liczby nie kłamią. Deficyt spada bardzo wyraźnie, i to już samo w sobie jest powodem do szczęścia. Zaplecze polityczne rządu też jest niby zadowolone, ale martwi się, że nie przyznano "odpowiednich" pieniędzy na "najważniejsze cele". Jakie są te cele? No, to już zależy od konkretnych posłów. Dla jednych będzie to wprowadzenie dodatkowych zasiłków dla grup społecznych silnie z nimi powiązanych, dla innych remont przeprawy mostowej na rzece, czyli w rzeczywistości budowa kładki nad potokiem za 50 mln złotych.
Opozycja z kolei nie zostawia na projekcie budżetu suchej nitki. Po pierwsze, wskazuje na to, że ustawa zakłada wyraźne zwiększenie obciążeń podatkowych. Trudno polemizować z faktami, rzeczywiście tak jest. Tak swoją drogą, wyraźny wzrost dochodów z VAT wynika przede wszystkim z tego, że w 2005 roku wyższe, wprowadzone w maju 2004 roku, stawki będziemy płacić nie przez 8 miesięcy, ale przez 12. Po drugie, wskazuje się na wirtualny charakter budżetu. Do dziś nie możemy się doczekać wyjaśnień, jak rząd ma zamiar zwiększyć dochody o 3,5 mld złotych na skutek poszerzenia bazy podatkowej. Podobnych perełek jest więcej.
Mnie fascynuje inna sprawa. Otóż poziom przyszłorocznego deficytu budżetowego jest absolutnie nie do ruszenia. Nie podlega żadnym naciskom, ruchom, zmianom. Został nadany i kropka. Zaczęło się od tego, że po raz pierwszy w historii Trzeciej Rzeczypospolitej Sejm uchwalił budżet, opierając go na mocno wątpliwych ustawach, których jeszcze nie było. Ale co za problem. Ważne, że można było ogłosić rekordowe tempo przyjęcia budżetu i w dodatku wyraźne zacieśnienie polityki fiskalnej. Szybko jednak okazało się, że najważniejsze ustawy przepadają. Nie będzie więc dodatkowych wpływów, czy jak kto woli: nie będzie oszczędności. Reakcja przedstawicieli rządu była natychmiastowa i... kompletnie nie uzgodniona w ramach resortów. Co innego mówił np. premier Hausner, co innego minister Gronicki. A to miało brakować 2 mld złotych, a to 1,8 mld, innym razem znowu zaledwie miliarda. A na koniec okazało się, że prawdopodobnie budżet się dopnie. Jak? Ano... tak sam z siebie.... Być może bazę podatkową - za pomocą mechanizmu znanego na razie tylko twórcom - da się poszerzyć jeszcze bardziej.
Na marginesie - na miejscu Czechów i Słowaków zacząłbym się już martwić, bo jeśli będziemy w takim tempie poszerzać bazę podatkową, to obejmiemy nią także i sąsiednie kraje...