Jeśli przekładać wyniki Super Bowl na prognozę rynku akcji (znaczenie ma, z której konferencji jest zwycięzca), a analitycy całkiem poważnie traktują ten wskaźnik, to wynik finału zapowiada spadkowy rok na Wall Street. Choć wskazówka dla inwestorów jest mocno kontrowersyjna, to przy prawie 40 finałach jej skuteczność sięga aż 80%. Co jeszcze statystycznie dziwniejsze, aż cztery pomyłki miały miejsce rok po roku. Od 1998 r. do 2001 r. wskaźnik skutecznie podważał swoją wiarygodność, by znowu zacząć działać, gdy nikt już go nie śledził. W tym roku ten sam kierunek wskazuje też cykl prezydencki, zachowanie rynków w styczniu czy też tylko w jego pierwszym tygodniu. Jak tu być optymistą na 2005 r.?
Ale tym będziemy się martwić później. W krótkim terminie liczą się tylko nastroje, a te na razie na każdej sesji wyraźnie sprzyjają bykom. U nas o ich kondycję od dwóch tygodni systematycznie dba zagraniczny kapitał. Znowu wczoraj mieliśmy demonstracyjny popyt na kluczowych spółkach, wyraźnie wskazujący globalne fundusze (węgierski BUX razem z WIG20 był liderem europejskich indeksów) jako źródło popytu.
Jeśli w USA nie było katastrofy, to po takiej sesji dzisiaj walczymy ze styczniowymi szczytami. O ile fundusze zamierzają odchudzać portfele, to pierwsza większa podaż pojawi się właśnie dopiero na tych oporach. Przebicie ich na jeszcze większych niż dzisiaj obrotach ucięłoby wszelkie spekulacje pesymistów i zapewne rozciągnęło bazę na kontraktach na mocniejsze plusy. Nie za bardzo byłoby wtedy widać, co może przy takiej presji zagranicznego popytu zatrzymać rynek. "Sky is the limit". Ja sądzę, że dość brutalnie zrobią to kwartalne wyniki spółek, ale zanim te zaczną częściej spływać do serwisów i straszyć "fundamentalistów", byki mają jeszcze trochę czasu.