Podobno analitycy potrafią zmieniać swoje prognozy w tempie godnym atakującego jastrzębia. Tak mówią złośliwi. Ci sami twierdzą, że ekonomista bankowy (nazwa umowna, dotyczy także ekonomistów pracujących w funduszach inwestycyjnych, firmach ubezpieczeniowych, biurach maklerskich itd.) to człowiek, który po fakcie potrafi z łatwością, choć niekoniecznie zrozumiale, wytłumaczyć, dlaczego się pomylił. Może i tak. Ale z drugiej strony, jak tu prognozować zmiany na rynkach finansowych, skoro w naszym kraju generalnie trudno cokolwiek przewidzieć? Do dzisiaj nie wiemy np., kiedy odbędą się wybory parlamentarne.
Najgorzej wygląda sprawa w przypadku złotego. Przeciętny Kowalski widząc prognozy na 2005 rok może uznać, że ktoś robi sobie z niego żarty. Część specjalistów uważa bowiem, że złoty się osłabi, część, że do sporych zmian nie dojdzie, część zaś, że się umocni. Przy czym części owe są mniej więcej tak samo liczne. No to na dwoje, a właściwie na troje babka wróżyła. I bądź tu mądry. Na usta ciśnie się prognoza jednego z analityków wyartykułowana jakieś pięć lat temu w kontekście rynku akcji (co zresztą nie ma specjalnego znaczenia): prawdopodobieństwo wzrostów jest duże, wynosi ono bowiem 50%...
Czynniki wzrostu złotego mamy dość jasno określone. Spadek ryzyka inwestycyjnego, niezłe wyniki gospodarki i jej dobre perspektywy, relatywnie wysokie stopy procentowe, konieczność przewalutowania środków pomocowych z UE, także zamiana środków prywatnych, prywatyzacja - to najważniejsze z nich. Przeciw złotemu działa przede wszystkim polityka. Okres wyborów to okres zwiększonego ryzyka. Oczywiście, nie ma powodów, dla których mielibyśmy obserwować jakieś tąpnięcia. To już nie te czasy. Niemniej jednak jakiś spadek z pewnością nastąpi. Problem w tym, że nie wiemy kiedy, bo nie znamy dokładnego terminu wyborów. W dodatku w ostatnich tygodniach znowu wzrosło poparcie dla partii, które nie są najlepiej odbierane przez zagranicznych inwestorów.
Z całą pewnością istotna jest także sytuacja na rynku eurodolara. Ewentualny koniec długoterminowego trenu wzrostowego wspólnej waluty byłby czynnikiem osłabiającym złotego. Nie ma jednak zgodności, czy koniec ten zobaczymy w roku 2005.
Na domiar złego część RPP sygnalizuje możliwości interwencji na rynku. Oczywiście, pojedyncze głosy nie oznaczają, że NBP zmieni dotychczasową politykę w tej kwestii, ale fakt pozostaje faktem.