Pod koniec zeszłego roku indeks dużych spółek przekroczył 62-proc. zniesienie internetowej bessy 2000-2001, znajdujące się na 1910 pkt. Niektórzy badacze zasad rządzących zmianami kursów twierdzą, że kolejnym celem dla nowego trendu jest zniesienie całej poprzedzającej go tendencji. Skoro tak, to dlaczego WIG20 nie miałby zbliżyć się, a być może nawet przekroczyć, do poziomu 2500 punktów?
Hossa nie jest wieczna
Tam, gdzie w grę wchodzą zbiorowe emocje, rzadko dochodzi do oczywistych rozwiązań. W pewnym momencie niemal wszyscy ulegają złudzeniu, że właściwie nie ma odwrotu i jeden określony scenariusz musi być realizowany. Oczywiście, scenariusz ten zgodny jest z giełdową pozycją większości wierzących w jego spełnienie. Mylić zaczynają się prawie wszyscy - analitycy, komentatorzy, większość inwestorów.
Notowania na giełdzie rosną, bo akcje polskich spółek kupują zagraniczni gracze - to prawda, którą żywimy się wszyscy. Czy to w jakiś sposób stanowi gwarancję, że trend wzrostowy będzie trwać choćby jeden dzień dłużej? Powody, dla których "zagranica" kupuje walory polskich spółek, też wydają się oczywiste - bo polską gospodarkę, po wejściu do Unii Europejskiej, czeka okres prosperity. Ale to nie oznacza jeszcze, że opinia ta nie może się zmienić. Niedawno jeden z przedstawicieli zagranicznych instytucji działających na GPW zapytał nas, dlaczego polskie fundusze emerytalne nie korzystają z dobrodziejstw rynku kontraktów terminowych. Nie bardzo potrafił zrozumieć, że instrument ten uważany jest za niebezpieczny, a dodatkowo stopa zwrotu z akcji w długim terminie jest wyższa od zysku na obligacjach. - A gdyby polska giełda znalazła się na początku kilkunastoletniej bessy tak jak rynek w Tokio na początku lat 90., to jakie byłyby zyski z akcji? - argumentował. Na podstawie jednej rozmowy trudno wyrobić sobie pogląd na temat całej zbiorowości zagranicznych inwestorów, ale to sygnał, że dobre długoterminowe oceny polskiej gospodarki nie są nam dane raz na zawsze.
Spełnione wymagania