Próby racjonalnego wyjaśnienia zachowania giełdy w ostatnim czasie mogą być dość trudne. Bo jak to się dzieje, że jednego dnia inwestorzy wprost wyrywają sobie akcje z rąk, a już kilka dni później przerzucają się nimi jak gorącym kartoflem? Czynniki polityczne żadnym wytłumaczeniem być tutaj nie mogą, bo przecież czerwcowy termin wyborów to chyba najlepsza rzecz, jaka może się w obecnej sytuacji zdarzyć. Skończą bowiem dość paranoiczną sytuację, w której na czele rządu stoją politycy reprezentujący dwie partie cieszące się nikłym poparciem (mam na myśli SLD i Partię Demokratyczną, czyli Unię Wolności). Dadzą nowemu rządowi więcej czasu na skonstruowanie budżetu na 2006 rok. Może nie warto próbować tłumaczyć zachowania rynku, szczególnie w krótkim terminie, czynnikami racjonalnymi?
Wczorajszy spadek WIG20 to największa jednodniowa strata indeksu od początku tak zwanej hossy średniaków, czyli od marca 2003 roku. To robi wrażenie, ale nie przesądza o zmianie trendu w dłuższej perspektywie. Wzmacnia za to wzrostową tendencję widoczną na wykresie zmienności, reprezentowanej przez wskaźnik ATR (14). Ten, po raz pierwszy od listopada 2003 roku, przekroczył 40 punktów. Wykres ATR przechodzi w hiperbolę. To sygnał, że czas zapiąć pasy bezpieczeństwa (można na przykład zmniejszyć pozycje) i przygotować się na mocniejsze turbulencje.
Negatywną wymowę wczorajszej sesji w niewielkim tylko stopniu zmniejszają niższe niż zwykle obroty. W lutym kilkakrotnie wartość wymiany na pojedynczej sesji przekroczyła 1 mld zł, co biorąc pod uwagę zaawansowanie trendu wzrostowego nie jest zjawiskiem pozytywnym. Po przebiciu najszybszej linii trendu najbliższe wsparci wyznacza szczyt z 3 stycznia na 1967 punktów. Połowa wczorajszej wysokiej czarnej świecy (2036 pkt) wyznacza pierwszy poziom oporu, który moim zdaniem będzie jeszcze testowany. Czy ponownie damy radę osiągnąć 2118 pkt? To jest dużo bardziej wątpliwe, ale przy tym poziomie emocji też niewykluczone.