Wtorkowa sesja na rynku kontraktów terminowych przebiegała w bardzo sennej atmosferze. Dzienna zmiana na zamknięciu wyniosła zaledwie 4 pkt, a obroty na serii czerwcowej nie przekroczyły nawet 6000 szt. Analogiczna sytuacja panowała na rynku kasowym, gdzie handel zupełnie zamarł. Parkiet pogrążył się więc już nie tylko w trendzie bocznym, ale w kompletnym marazmie, którego apogeum niekoniecznie mamy już za sobą.
Kontrakty znajdują się w trendzie bocznym właściwie od końca marca, broniąc dolnego ograniczenia kanału wzrostowego widocznego na wykresie liniowym, w którym poruszały się od sierpnia ubiegłego roku. Amplituda wahań staje się coraz mniejsza, co w obecnej sytuacji oznacza ruch w przedziale 1960-2000 pkt. Konsolidacja staje się więc coraz bardziej męcząca, ale potencjalne wybicie, które nastąpi, powinno zrekompensować długotrwałe pozostawanie rynku w wąskim przedziale.
Niewątpliwie bardzo negatywnie należy odebrać nieudany test oporu na poziomie 2005 pkt, który potwierdza trend spadkowy. Pierwsze wsparcie, którego przebicie może wywołać falę przeceny, znajduje się bardzo blisko. W związku z tym inwestorzy wstrzymywali się z odważniejszymi decyzjami, czego efektem jest niska zmienność notowań. Odbicie od wspomnianego już oporu na wykresie dziennym oraz nieudane ostatnie próby sforsowania 1980 pkt sugerują, że rynek nie ma siły i tylko oczekuje na impuls do spadku, który w obecnej sytuacji może być bolesny.
Wielokrotnie "ślizganie" się rynku po długoterminowej linii trendu tak się kończyło. Jednak duży pesymizm na kontraktach wyrażony od dłuższego czasu utrzymującą się ujemną bazą sugeruje, że trwalsza fala spadkowa ma małe szanse powodzenia.