Zwrócę jeszcze uwagę, że jeśli spojrzeć na trendy, to idziemy bardzo podobnie, jak rynek amerykański. Jest tylko kwestia siły. Momenty zwrotne są bardzo podobne. W 2003 roku hossa zaczęła się mniej więcej w takim samym momencie na całym świecie. Reakcje inwestorów są zbieżne. W zależności od apetytu na ryzyko czasem więcej środków lokuje się na rynkach mniejszych i mniej płynnych. Żeby oczywiście wygenerować wyższe stopy zwrotu.
Marcin Bilbin: Zgodzę się z tym, że często wyceny fundamentalne nie mają żadnego znaczenia. Liczą się przepływy kapitału. Jeśli zarządzający globalnego funduszu, operującego na rynkach wschodzących, dowiaduje się, że ma do wydania kolejne kilkaset milionów dolarów i do wyboru 10 spółek w Polsce, 5 na Węgrzech i jeszcze kilka innych, to tak naprawdę nie ma żadnego wyboru...
Ryszard Rusak: Co do wycen. To ja tu może się trochę narażę kolegom z działów analiz, ale wystarczy prześledzić kilka, kilkanaście spółek, żeby zobaczyć, jak zmieniają się wyceny w zależności do sytuacji na rynku.
Tomasz Mazurczak: Pytanie jest, czy wycena fundamentalna jest oderwana od sytuacji rynkowej? Czy te elementy są na tyle skorelowane, że ja mogę wycenić spółkę na 100 zł, a po czterech miesiącach na 150 zł, mimo że nic się, poza oczywiście otoczeniem rynkowym, nie zmieniło? No, chyba nie.
Tomasz Publicewicz: Ja się zgadzam, że napływ pieniędzy do funduszy to jest bardzo istotny element, ale my tutaj przyjmujemy nadmierne uproszczenie. W Polsce pojawiły się fundusze, które wkładają nasze aktywa do portfeli, w których do tej pory nigdy ich nie było. I absolutnie nie ma to związku z napływem nowych pieniędzy. Są też fundusze, które mają akurat większy apetyt na ryzyko. Spotykamy Polskę w raportach funduszy, które do tej pory z definicji nie inwestowały na emerging markets. Czasami pojawienie się u nas zagranicznych pieniędzy to nie jest kwestia taka, że się kupuje Polskę, ale sprzedaje się inny kraj. Taki przypadek mieliśmy w październiku zeszłego roku, kiedy w związku z zamieszaniem wokół sprawy Jukosu rezygnowano z części akcji rosyjskich w portfelach. Powstałą lukę zastępując papierami spółek węgierskich albo polskich. To już w ogóle nie miało nic wspólnego z jakimś szczególnym sentymentem do polskich aktywów, chodziło po prostu o to, że te fundusze nie mogły wyjść z regionu.
Ważnym elementem jest również wychodzenie Polski z grona rynków wschodzących. Powoli przesuwamy się do innej klasy aktywów. Z drugiej strony, jak prześledzimy strukturę indeksów Morgana Stanleya, to np. Grecja opuściła grupę europejskich emerging markets całkiem niedawno (czerwiec 2001), mimo że dostosowanie i konwergencję związane z wejściem do Unii ma już dawno za sobą.
Konkurencją dla nas stają się także inne rynki: bułgarski, rumuński, chorwacki, także inwestycje w Izraelu czy na Litwie. To są z reguły niewielkie części portfeli, ale za to coraz powszechniej spotykane - razem mogą dać kilkanaście czy kilkadziesiąt procent aktywów. Tam tworzą się takie prawdziwe rynki wschodzące, a my tę grupę powoli opuszczamy. Ale wciąż jeszcze nie jesteśmy rynkiem rozwiniętym. To jest kolejny element, który trzeba brać pod uwagę, poza prostymi przepływami kapitału.
Ryszard Rusak: Rynki typu Bułgaria czy Rumunia chyba nigdy nie odbiorą nam palmy pierwszeństwa. Będziemy razem z nimi w jednym koszyku, ale i tak gros kapitału przeznaczonego na nasz region trafi do Polski, Czech czy Węgier.
Andrzej Knigawka: Ja się zgadzam, że w Bułgarii nigdy nie będzie takiej giełdy, jak w Warszawie. Ale czeski rynek, na przykład, paradoksalnie, mimo że jest tam dosłownie sześć spółek, którymi interesują się inwestorzy zagraniczni, jest dużo bardziej płynny niż polski. Problem w tym, jak liczy się obroty.
Ryszard Rusak: No to zależy, czy mówimy o rynku, czy o pojedynczych spółkach. Węgierski rynek to są na przykład tak naprawdę cztery spółki. Porównywanie wskaźników z polskim rynkiem jest tutaj zupełnie nietrafione, bo to jest całkiem inna struktura. Tam nie ma wielu sektorów, które są u nas. O ile obrót generalnie będzie się koncentrował wokół polskiego rynku, to jednak tam są pojedyncze spółki, które będą przyciągać inwestorów. Na przykład, konkurencją dla polskich banków będzie OTP.
Michał Mierzwa: Może niesłusznie tutaj tak radykalnie odbiegamy od wycen. Wielu inwestorów kupuje węgierski OTP, bo uważa, że ten bank jest lepszy od polskich. Daje inwestorom lepsze stopy zwrotu.
Tomasz Jóźwik: Z tej dyskusji wyłania się taki wniosek, że bardzo często o kolejnych inwestycjach decydują stopy zwrotu z poprzednich inwestycji. Jak one są dobre i udaje je się fajnie marketingowo sprzedać, to płyną pieniądze do funduszy dedykowanych na nasz region.
Wtedy zarządzający nie ma już wyjścia i nie interesuje go praktycznie, czy C/Z dla danej spółki jest 15 czy 25, bo on i tak przecież musi coś kupić. Wyceny są mało ważne.
Ryszard Rusak: Zadaniem zarządzającego jest relatywizowanie. Ma określone spektrum inwestycyjne i z tego ma wybrać to, co jest najlepsze. Wracając do wycen bezwzględnych to tutaj trzeba zadać pytanie analitykom. Czy jeśli z modelu wychodzi analitykowi, że spółka jest warta 100 zł, a na rynku jest cena 160 zł, to powinien dać jej rekomendację "sprzedaj"? Tak powinno wyglądać ortodoksyjne podejście. Tu jest właśnie różnica w porównaniu z zarządzającym. On ma fundusz z określonym statutem, z którego na przykład wynika, że ma mieć w portfelu nie mniej niż 60% akcji, a nie fundusz hybryda, w którym nie ma akcji.
Andrzej Knigawka: Fundusze regionalne na pewno mają dylemat zakładnika. Jeśli jest napływ środków, to emerging markets muszą tutaj inwestować, bo nie mogą tego zrobić na przykład w Wielkiej Brytanii. Hedge fundy nie mają takiego ograniczenia. I one się tutaj pojawiły. Przesłanie od inwestorów było takie - my się zgadzamy na to, że tutaj jest drogo, ale boimy się pojawienia, na przykład, funduszy paneuropejskich. Wtedy może się zrobić jeszcze drożej. Funduszy paneuropejskich w Polsce na razie jeszcze nie ma i one się nie pojawią przynajmniej do czasu, kiedy będzie znany termin wejścia do strefy euro.
Fundusze hedgingowe to jest zupełnie inna klasa inwestorów, one zupełnie inaczej podchodzą do inwestycji. Oranizowaliśmy niedawno spotkanie dla funduszu, który zarządza jakimiś 4,5-mld dolarów w Europie. Mogą inwestować, w które chcą akcje. Te 4,5 mld jest rozbite na 20 inwestycji. Nie śledzą żadnego indeksu, nie patrzą na konkurentów, tylko inwestują tam, gdzie uważają, że w długim terminie jest wartość. Teraz na przykład są w stanie zapłacić trzy razy wartość księgową za PKO BP, bo wierzą, że ten bank będzie więcej wart za kilka lat. Mamy zatem u nas różne klasy instytucji, które bardzo różnie podchodzą do inwestycji.
Marcin Bilbin: Wracając do analizy międzyrynkowej. W 2004 roku mieliśmy bardzo silny wypływ kapitału ze Stanów Zjednoczonych. Dolar osłabiał się na rynkach światowych, a prognozy mówiły, że kurs EUR/USD przekroczy poziom 1,40. W tym okresie również złoty bardzo silnie zyskał wobec waluty amerykańskiej. Niezależnie od perspektyw rynku akcji czy też obligacji, inwestorzy portfelowi zarabiali na zmianach kurów na rynku walutowym. Silny trend złotego zdecydowanie zwiększał atrakcyjność polskiego rynku.
Zresztą warto zwrócić uwagę, że polski rynek walutowy zmienił swoją strukturę. Znakomitą większość obrotów stanowią obecnie transakcje wymiany euro/złotego. Kurs dolara wobec złotego stał się czystą pochodną zmian EUR/ /USD na rynku globalnym. W takiej sytuacji każde umocnienie eurodolara działało na korzyść złotego. Dolar osłabiał się wobec złotego i nic nie było w stanie tego zmienić. Biorąc pod uwagę strukturę handlu (80% nominowane w euro) naturalny popyt na dolary był bardzo ograniczony. W warunkach umacniającego się eurodolara i prognoz mówiących o jego dalszym wzroście, takie rynki jak polski były idealne dla amerykańskich funduszy. Krótka pozycja w dolarze-złotym, dolarze-hufie była superopłacalna. To jest też jeden z powodów, dla których mieliśmy odwrót od rynków wschodzących, kiedy dolar zaczął się umacniać.
W takiej sytuacji pozycje "dolar-cokolwiek" na rynkach wschodzących są pod presją. Wiadomo, że wtedy pierwszy ruch należy do hedge fundów. To są szybcy gracze.
Proste analizy korelacji kursów pokazują, że polski rynek jest obecnie prawie całkowicie uzależniony od zagranicznego kapitału. Kiedyś krajowe instytucje finansowe były w stanie konkurować z zagranicą. Teraz ten układ sił zmienił się. Konsekwencje są takie, że jeśli "zagranica" zmieni zdanie o polskim rynku, to biorąc pod uwagę wielkość zaangażowania, istnieje bardzo duże ryzyko dynamicznej korekty.
Andrzej Knigawka: Na rynku akcji "kraj" nabrał trochę szacunku dla inwestorów zagranicznych. W roku 2003 czy jeszcze na początku 2004 r. zaangażowanie poszczególnych OFE w akcje potrafiło się istotnie zmieniać. Od pewnego czasu widzimy, że wszyscy mają 31-33% akcji w portfelu i nikt nie jest chętny do zrobienia tutaj jakiegoś zakładu...
Ryszard Rusak: Rzeczywiście, jeszcze dwa, trzy lata temu panowała opinia, że polskim rynkiem akcji rządza OFE. Stało się tak choćby dlatego, że "zagranica" sprzedawała i sprzedawała. Rynek funduszy inwestycyjnych był wtedy dużo słabszy niż obecnie. Teraz uważam, że proporcje się bardziej wyrównały.
Czy również na rynku obligacji zagranica znaczy coraz więcej?
Marcin Dec: Wszystkie dane pokazują, że udział inwestorów zagranicznych jest coraz większy. Można teraz znaleźć na polskim rynku takich inwestorów, których pochodzenie jeszcze 2-3 lata temu mogłoby nas szokować. Na przykład, inwestorzy z Australii. Nie możemy się temu napływowi inwestorów za bardzo dziwić. Po wejściu do Unii klasa inwestorów obecnych w Polsce mocno się poszerzyła. Tutaj nie ma dyskusji. Wiadomo, że na każdym rynku zawsze są jacyś ostatni, którzy wchodzą w ostatniej fazie cyklu. Niektórzy mają nawet ulubionych swoich "ostatnich" - wiedzą, że gdy się pojawią, to już trzeba sprzedawać.
Chciałbym się tutaj odnieść do dwóch rzeczy, o których mówiliśmy. Wydaje mi się, że na polskim rynku nie ma analizy fundamentalnej. Analiza fundamentalna w pewnym sensie zależy od sentymentu rynkowego, jest z nim, niestety, za bardzo skorelowana, żeby być użyteczną. Często dopiero, jak już jakiś ruch trwa, to w analizie szuka się, gdzie się może skończyć. Tymczasem z rynkiem się nie dyskutuje - tego uczy nas bolesne doświadczenie. Powiedzmy, że wyceniamy spółkę na 50 zł, a ona przez trzy lata wzrośnie do 600 zł. Jak mamy to wytłumaczyć klientom, którym jej nie kupiliśmy? Analizę fundamentalną widzę jako taki długoterminowy stabilizator czy jako taki punkt odniesienia dla zdroworozsądkowego podejścia. Skomentowałbym jeszcze stopniowe "przypięcie" się złotówki do euro. Odejście od dolara to był bardzo długi proces, rozpoczęty pod koniec lat 80. Statystycznie przyspieszył w latach 2001-2003. Teraz wartość złotego odnosi się przede wszystkim do euro.
Marcin Bilbin: Właściwie jeszcze do końca 2003 roku nasz rynek był zdominowany przez transakcje wymiany USD/PLN. Dopiero zmiana trendu złotego przyniosła wzrost pozycji w EUR/PLN.
Tomasz Jóźwik: Zgodziliśmy się co do tego, że kurs naszych aktywów zależy od inwestorów zagranicznych. Spróbujmy zastanowić się, czy oni zwracają uwagę na czynniki fundamentalne, czy też może posługują się analizą techniczną. A może inwestują z całkiem innych nieokreślonych powodów.
Tomasz Mazurczak: Ja bym spróbował bronić tutaj analizy fundamentalnej, choć pod jej adresem padły druzgocące opinie. W 2003 roku analitycy nie nadążali z podnoszeniem kursów docelowych, tak szybko rosły notowania. Ale rosły w sposób uzasadniony fundamentalnie. Takim ekstremalnym przypadkiem będzie wzrost kursu Stalprofilu, który urósł 20 razy. I to było uzasadnione.
Ryszard Rusak: Ja rozumiem, że do tej obrony analizy fundamentalnej skłoniła Tomka moja wypowiedź o podnoszeniu wycen, tyko ona padła w innym kontekście. Jak na rynku jest hossa, to wyceny robią się coraz wyższe. Mimo tego ludzie wciąż kupują akcje i w pewnym momencie tworzy się spekulacyjny balon. I teraz pytanie jest takie - kto powinien jako pierwszy zareagować na tego typu sytuację. Zarządzający mają mocniej związane ręce, bo oni po prostu muszą kupować akcje. Natomiast pole manewru analityków, jako niezależnego obserwatora, jest większe. Jak wyceny fundamentalne robią się ekstremalnie wysokie, to po prostu jest pora na wydanie rekomendacji "sprzedaj".
Tomasz Mazurczak: I napływ kapitału do funduszy, i napływ kapitału na rynek mają swoje zaczepienie w fundamentach. To nie jest tak, że pieniądze napływają do funduszy inwestujących w regionie, bo ktoś wykreował taką modę. Przecież nasze wejście do Unii Europejskiej istotnie zmieniło parametry makroekonomiczne, jeśli chodzi o zadłużenie i postrzeganie ryzyka związanego z tym zadłużeniem. Także postrzeganie rynków wschodzących poprawiło się dlatego, że znacznie poprawiły się "fundamenty" tych rynków. Kraje te bardzo ograniczyły deficyty na rachunku bieżącym, zmniejszyły zadłużenie. Brazylia czy Korea to nie jest ten sam kraj, co przed 7-8 laty.
Andrzej Knigawka: Hossa na rynku metali bardzo pomogła poprawić bilanse i dojść do równowagi państwom Ameryki Południowej.
Tomasz Mazurczak: Czynnikiem strukturalnym, który to wszystko zaczął, są Chiny. Od pewnego czasu już rozwijają się bardzo szybko. Stały się na tyle duże, że ta 7-8-proc. dynamika wzrostu staje się odczuwalna w globalnym bilansie popytu i podaży. To w dużej mierze dzięki Chinom doszło do ustabilizowania sytuacji w Ameryce Południowej.
Tomasz Jóźwik: Czyli jest jednak fundamentalne uzasadnienie tego wszystkiego, co się na rynkach wschodzących dzieje...
Andrzej Knigawka: Są fundamentalne przesłanki. W pewnym jednak momencie rynki osiągają taki punkt, w którym następuje pewne przereagowanie. I cała sztuka polega na tym, żeby taki punkt odnaleźć. Myślę, że tutaj analiza fundamentalna się obroni. Inaczej zresztą moja praca nie miałaby sensu... Od pewnego czasu biura muszą publikować rozkład rekomendacji buy, hold i sell. Zawsze odsetek rekomendacji sell jest najmniejszy, niestety, bez względu na to, na jakim poziomie cenowym jesteśmy. To jest największy mankament, na który zwracają uwagę fund menedżerowie - że analiza fundamentalna nie jest w stanie tego punktu zwrotnego wychwycić w odpowiednim momencie. Jest tutaj jakaś taka inercja i niestety jedna z nieefektywności rynku...
Tomasz Mazurczak: To jest taka trochę dyskusja, czy pierwsze jest jajko czy kura. Może najpierw jest napływ pieniędzy do funduszy. Notowania idą w górą, w ślad za tym pojawiają się rekomendacje. Ale te pierwotne pieniądze też się z jakiegoś postrzegania rynku biorą.