Mimo wysiłku kupujących wczorajsza sesja zakończyła się spadkiem indeksu dużych spółek. Tym samym WIG20 jest coraz bliżej tegorocznego minimum. Do dołka z 24 stycznia brakuje już tylko 4 punktów. Czy wsparcie to da radę się obronić? Wydaje się, że w krótkim terminie tak. Nadzieję wiązałbym przede wszystkim z zachowaniem dolara na rynkach światowych. Po wczorajszych zaskakująco dobrych danych na temat amerykańskiego bilansu handlowego (deficyt w marcu wyniósł 55 mld USD; oczekiwano 62 mld USD), dolar umocnił się, ale na wykresie EUR/USD nie zostało przełamane wsparcie na 1,28. Zatem na razie nie można jeszcze mówić o zmianie trendu długoterminowgo na korzystny dla amerykańskiej waluty. To miałoby negatywny wpływ na notowania złotego i tym samym powiększyło straty inwestorów zagranicznych, którzy kupili polskie akcje w ostatnich miesiącach. Od 25 lutego indeks WIG20 stracił ponad 13%, ale w ujęciu dolarowym strata sięgnęła 21%. Dalsze osłabienie złotego sprawiłoby, że "pękłaby" granica 25%, co nawet najmocniej przekonanych o dobrych perspektywach długoterminowych polskiej gospodarki, mogłoby zachęcić do zamknięcia pozycji. Na razie wyrok został przynajmniej odroczony.

Z lokalnych czynników warto zwrócić uwagę na coraz krótsze kolejne fale spadkowe. Ostatnia (zakładając, że wczoraj się skończyła) trwała tylko trzy dni i przyniosła spadek WIG20 o 2%. Tymczasem ten impuls spadkowy zaczynaliśmy od 9-dniowej fali wyprzedaży, w czasie której indeks stracił 6,2%.

Optymizm trudno jest opierać na analizie technicznej. Na wykresie indeksu doszło do wybicia ze spadkowego kanału i dopóki nie dojdzie do realizacji zniżki wynikającej z wysokości formacji (co oznacza spadek WIG20 w okolice 1600 punktów), trudno o coś więcej niż tylko chwilowe odreagowanie. Dlatego komentarza proszę nie traktować jako zachęty do otwierania długich pozycji. Na razie z rynku nie plyną sygnały, które by do tego zachęcały. Dodatko najszybsza linia trendu spadkowego zbliża się już do 1850 pkt i znajduje się tuż nad indeksem.