Rząd ruszył na wojnę z funduszami hedgingowymi w maju, a bezpośrednim powodem było odwołanie z funkcji prezesa Deutsche Boerse Wernera Seiferta. Ten krok wymusiło kilka funduszy hedgingowych, udziałowców frankfurckiej giełdy, którzy sprzeciwiali się m.in. próbom przejęcia przez Deutche Boerse giełdy londyńskiej. Po tym wydarzeniu rząd uznał, że fundusze hedgingowe zbyt mocno ingerują w gospodarkę i należy bacznie się im przyglądać oraz odpowiednio nadzorować. Przewodniczący rządzącej SPD Franz Muentefering porównał nawet te instytucje do plagi szarańczy, która w starożytności nawiedziła Egipt.

W ubiegłym miesiącu kanclerz nakazał, aby działalności funduszy hedgingowych w Niemczech dokładnie przyjrzały się wszystkie rządowe instytucje nadzorujące rynek finansowy. Padły też pierwsze propozycje zmian: np. zezwolenie akcjonariuszom spółek na głosowanie na WZA tylko w przypadku gdy posiadają walory minimum przez dwa lata, czy też przyznawanie dodatkowych głosów lojalnym udziałowcom. Jak argumentowała strona rządowa, nie można zezwalać funduszom hedgingowym na zbyt dużą kontrolę nad spółkami, ponieważ z natury są one nastawione na krótkoterminowy zysk i nie zależy im na długofalowej strategii. Tymczasem - według szacunków - ok. 30 takich instytucji ma teraz na tyle mocną pozycję w niemieckich spółkach, by móc wpływać na ich strategię.

Wczoraj jednak rząd ogłosił, że zmiany przepisów dotyczących działalności funduszy hedgingowych w Niemczech nie będzie. Uznał, że ten segment rynku finansowego powinno regulować jednolite prawo Unii Europejskiej i Niemcy będą je respektować.

Wartość rynku funduszy hedgingowych na całym świecie wyceniana jest na ok. 1 bln USD. W Niemczech te instytucje, które specjalizują się w transakcjach na rynkach terminowych zawieranych w celach zabezpieczających, dostały pozwolenie na działalność dopiero w ub.r. Do tej pory Niemcy ulokowali w nich ok. 1 mld euro.

Bloomberg