61-letni Philip Purcell stał na czele Morgan Stanleya od 1997 r., czyli od czasu, gdy bank inwestycyjny Morgan Stanley połączył się z biurem maklerskim obsługującym klientów detalicznych - Dean Witter (prezesem tej instytucji był właśnie Purcell). Nieudany mariaż tych dwóch podmiotów to właśnie główny powód dymisji prezesa.
Morgan Stanley, jako jedyny spośród pięciu czołowych banków inwestycyjnych z Wall Street, nie zdołał w 2004 r. i w I kw. 2005 r. odnotować rekordowych zysków. A okazja do tego była ogromna, uwzględniając dobrą koniunkturę na giełdzie. W ciągu ostatnich pięciu lat kurs akcji spółki spadł aż o 40%, podczas gdy wskaźnik Amex Securities Broker/Dealer zyskał w tym czasie ponad 50%.
Słabe wyniki firmy, próba "puczu" (grupa ośmiu menedżerów banku zażądała w marcu, żeby rozdzielić go na dwie części, czyli powrócić do stanu sprzed 1997 r., ale Purcell przetrwał zyskując poparcie rady nadzorczej) oraz ostatnie dymisje członków zarządu i odpływy specjalistów z kluczowych działów przelały czarę goryczy. Purcell ma pełnić funkcję do czasu, gdy zostanie znaleziony jego następca. Bank już wynajął specjalną firmę, która zajmie się poszukiwaniem odpowiedniego kandydata.
Reakcją na zwolnienie prezesa był aż 3,5-proc. wzrost kursu akcji Morgan Stanleya na początku poniedziałkowej sesji w Nowym Jorku.