Załoga pięciu położonych w Niemczech fabryk Pfleiderera zgodziła się pracować 38 zamiast dotychczasowych 35 godzin w tygodniu. Równocześnie, zależnie od potrzeb, tydzień pracy może zostać skrócony do 30 godzin, z proporcjonalną obniżką pensji. Wynagrodzenia zostaną zamrożone na obecnym poziomie przez najbliższe dwa lata. W zamian firma obiecała, że zakłady pozostaną otwarte.
"Redukcja kosztów kadrowych stwarza potencjał do poprawiania wyników finansowych" - podała w komunikacie firma z Neumarkt. Jej dyrektor generalny Hans Overdiek do przyszłego roku chce znaleźć 30 mln euro oszczędności, które mają zrównoważyć spadek sprzedaży. W pierwszych czterech miesiącach tego roku obroty grupy (specjalizuje się jeszcze w produkcji podkładów trakcyjnych dla kolejnictwa) zmniejszyły się o 1%, do 294 mln euro.
Po ogłoszeniu komunikatu akcje Pfleiderera spadły w notowaniach o prawie 4%, do 14,60 euro. Inwestorzy najwyraźniej uznali, że firma zrobiłaby lepszy interes zamykając fabryki, które przysparzają jej kłopotów.
Mimo to papiery Pfleiderera wciąż są w tym roku na mocnym plusie. Zyskują ponad 70% - najwięcej spośród firm wchodzących w skład indeksu średnich spółek - MDAX. Inwestorzy oczekują, że firma znacznie poprawi osiągnięcia finansowe, gdy domknie przejęcie konkurencyjnej spółki Kunz, wytwarzającej drewniane płyty i panele. Pfleidererowi pomóc ma też jego polska filia - notowany na GPW Pfleiderer Grajewo. Za jej pośrednictwem Niemcy wznoszą dwie nowe fabryki - w Grajewie i w rosyjskim Nowogrodzie.
Biorąc pod uwagę kontynuowaną działalność, Pfleiderer przewiduje, że osiągnie w tym roku przychody ze sprzedaży w wysokości "znacznie" powyżej zeszłorocznych 900 mln euro i zysk operacyjny ponad 40 mln euro, czyli prawie 30% wyższy niż rok wcześniej.