Wczorajsza sesja to targowisko emocji, sprzecznych medialnych informacji i stadnych reakcji inwestorów na całym świecie. Zawsze staram się unikać prognoz w takie dni. Bardziej to wszystko przypomina bowiem stół do ruletki niż giełdowy parkiet. Jeśli ktoś sądzi inaczej, a popołudniowy zwrot był dla niego oczywisty (no przecież ujemna baza przekraczała 40 pkt), to znaczy tylko tyle, że za krótko jeszcze inwestuje i za mało przeżył giełdowych panicznych wyprzedaży czy innych nieracjonalnych reakcji.

Ogólnie mówiąc, w przyszłym tygodniu o wczorajszym katharsis nikt już nie będzie pamiętać. Mimo że słychać głosy mówiące o ograniczeniu napływu zagranicznego kapitału na nasz (wschodzący/ryzykowny) rynek. Historia nie potwierdza tego typu zależności. Między 11 września (WTC) a zamachami w Madrycie (11 marca 2004), choć teoretycznie powinny tracić amerykańskie indeksy, to z głównych światowych parkietów i rynków naszego regionu dwucyfrowe procentowe zniżki notowały tylko rynki europejskie (FT-SE 11% oraz DAX i CAC-40 po 16%). Amerykańskie indeksy praktycznie nie zmieniły poziomów (tylko Nasdaq wyróżniał się na plus). Za to już czeski PX50 zyskał 128%, węgierski BUX 68%, a u nas WIG +85% i WIG20 +52%.

Taka sama, paradoksalnie niezrozumiała sytuacja, miała miejsce między zamachami w Madrycie a wczorajszą tragedią. W tym okresie najsłabsze były indeksy w USA (prawie bez zmian), a dwucyfrowe zwyżki zanotowały wymienione główne indeksy europejskie, mimo że to właśnie w Europie były zamachy. Rynki wschodzące w tym czasie rosły - PX50 +53%, BUX +84%, polskie indeksy "tylko" w okolicach 20%. Wszystko to wyraźnie sugeruje, że żadne zamachy nie mają w dłuższym terminie tak istotnego znaczenia dla giełdowych trendów i same ich nie zmienią.