Początek nowego tygodnia nie dostarczył inwestorom zbyt wielu emocji. Rynki podzieliły się na prawie równe części - niemal połowa najważniejszych światowych indeksów wzrosła, trochę więcej niż 50% straciło na wartości. Zmiana na ogół nie przekroczyła 1%. Jednym z nielicznych wskaźników, który stracił więcej był węgierski BUX. Podjęta z marszu próba pokonania, po raz pierwszy w historii, 20 tys. pkt, na razie nie powiodła się. To jednak nie przesądza o jakimś większym spadku notowań na giełdzie w Budapeszcie. Od 15 maja, a więc od kiedy rozpoczęła się ostatnia fala wzrostowa w naszym regionie, do wczorajszego zamknięcia, BUX zyskał ponad 26% w przeliczeniu na euro i ponad 20% w USD. To daje mu pozycję lidera wśród głównych indeksów giełd akcji, których wartości podaje agencja Bloomberg. Na razie zatem nie ma powodów, żeby wczorajszą przecenę traktować jak coś więcej niż tylko naturalną realizację zysków. Dopiero spadek poniżej szczytu z 1 marca (18 673 pkt) będzie poważnym sygnałem ostrzegawczym przed zmianą trendu. Na marginesie - w tej klasyfikacji WIG20 znajduje się na początku drugiej dziesiątki.

Niezdecdyowana postawa inwestorów na wczorajszej sesji może też mieć swoje źródło w zachowaniu najważniejszych indeksów amerykańskich. Wprawdzie pod koniec zeszłego tygodnia S&P 500 wspiął się do najwyższego od czterech lat poziomu, ale styl, w jakim pobił rekord, nie jest imponujący. Szczyt z 7 marca został przekroczony w czwartek o 1 punkt (biorąc pod uwagę kursy zamknięcia). W piątek kupujący dołożyli kolejny punkt. Warto zwrócić uwagę, że znaczna część tegorocznych sygnałów, polegających na wybiciu ponad poprzedni szczyt lub spadku poniżej dołka, okazała się fałszywa. Na przykład wierzchołek z 7 marca został zbudowany ledwie 12 punktów ponad szczytem z 30 grudnia. Rozpoczęta z 1225 pkt korekta zmniejszyła wartość S&P 500 o 7% w ciągu sześciu tygodni. Być może część inwestorów liczy na powtórkę z historii i sprzedając akcje już teraz, próbuje wyprzedzić falę spadkową.