Dwa miesiące temu minister spraw zagranicznych Afganistanu został zaproszony do Tokio, aby zapoznać się z propozycją objęcia przez Japonię stałego miejsca w Radzie. Podczas wizyty zaproponowano mu większą pomoc w odbudowie zniszczonego wojną kraju. W tym samym czasie niemiecki wysłannik poprosił Kazachstan o pomoc w przegłosowaniu podobnego wniosku dla swojego kraju. W zamian za to zaoferował wsparcie przy wydobyciu kazachskiej ropy. Sześćdziesiąt lat po II wojnie światowej Niemcy i Japonia próbują powrócić na podium, lobbując w biednych krajach Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej, w zamian za pomoc finansową (łącznie 16,3 miliarda dolarów).
Te dwa rządy, razem z Brazylią i Indiami, próbują przekonać 191 państw zrzeszonych w ONZ do rozszerzenia Rady z 15 do 25 członków. - Są zdeterminowani. Miejsce w Radzie Bezpieczeństwa daje prestiż, władzę i pozwala na blokowanie pomysłów, które są postrzegane jako zagrożenie dla państwa - komentuje Brent Scowcroft, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego prezydentów USA Geralda Forda i George'a H.W. Busha.
Nieetyczne metody
- Gdyby metody lobbystów "Grupy Czterech" (tak bowiem określa siebie koalicja) stosowane były w narodowych wyborach, uznane byłoby to za nieetyczne - mówi ambasador Pakistanu, Munir Akram.
Wysłannicy Japonii i Niemiec zaprzeczają, jakoby mieli "handlować" ofertami pomocy w zamian za poparcie. - Nasze plany inwestycyjne w Kazachstanie nie mają nic wspólnego z propozycjami G4 - mówi Dirk Rotenberg, rzecznik Niemiec przy ONZ. W podobnym tonie wypowiada się Yoshifumo Okamura, specjalny wysłannik Japonii przy ONZ. - Nasze propozycje dla Afganistanu nie mają nic wspólnego z członkostwem w Radzie Bezpieczeństwa - twierdzi.