Algorytm tego procederu jest w sumie banalny. Najpierw "bohater" (a zwykle cała ich grupa) kupuje gazetę albo zapewnia sobie dostęp do jej internetowego wydania (niestety, wciąż zbyt często - darmowego). Potem czas na zeskanowanie interesujących materiałów lub skopiowanie z pozoru zabezpieczonych przed tym plików. Na koniec spakowanie w zgrabną paczkę mailową lub pakiet wydruków. I - mailem lub kurierem - do klienta, który - nie kupując gazet - ma ich pełną zawartość na biurku lub w skrzynce pocztowej. Nie wydaje pieniędzy na gazety, nie ponosi związanych z tym kosztów, nie traci czasu. Płaci jedynie za pakiet wybranych artykułów. Tylko, czy wie komu i za co faktycznie płaci?
Oczywiście, czasem monitoring może zachęcać do sięgnięcia po gazetę. Dzieje się tak, gdy ogranicza się on do przeglądu i sygnalizacji tematów poruszanych w gazetach. Także przywoływanie czy cytowanie niewielkich fragmentów publikacji może być korzystne z punktu widzenia marketingowego wydawcy. Niestety, bywa tak, że oferujący swoje usługi tzw. monitoringu idą na całość. Klientom sprzedaje się więc np. skopiowane w całości i wydrukowane artykuły z wielu gazet. Pytanie tylko, czy kupujący taki pakiet zadał proste pytanie o to, czy kopiujący uzyskali zgodę wydawcy na ten zabieg i czy zapłacili za prawo do skopiowania całości materiałów wydawcy, autorom...
Sama koncepcja monitoringu, researchu i dostarczania wybranych treści zainteresowanym klientom nie jest, oczywiście, z założenia zła. Ale tylko wtedy, gdy uzyskuje się zgodę i kupuje prawo do redystrybucji wykorzystywanych treści. Tymczasem zdarza się tak, że z tzw. monitoringu nic nie mają ci, którzy ową "zabawę" finansują - czyli wydawcy gazet. Niestety, na rynku określanym górnolotnie mianem "monitoringu mediów" czy - w ograniczonym zakresie - bardziej przyziemnie - "biurem wycinków", w biały dzień operują firmy, które najzwyczajniej w świecie sprzedają skopiowane piracko materiały. Co w bardzo trudnej sytuacji może postawić korzystające z takich usług urzędy, instytucje i firmy. Stąd warto, by właśnie odbiorcy zainteresowali się źródłem pochodzenia kupowanych przez siebie materiałów.
O swoje prawa autorskie upominają się publicznie zwykle tzw. artyści, a efektem owego larum są kontrole i - od czasu do czasu - spektakularne akcje niszczenia walcem pirackich płyt. Znacznie mniej mówi się o piraceniu na szkodę zarówno wydawców gazet, jak i zatrudnianych przez nich autorów materiałów drukowanych w prasie - nie tylko dziennikarzy - także przecież np. analityków czy naukowców. Czym różni się proceder sprzedaży pirackich płyt od dystrybucji skopiowanych w całości artykułów, komentarzy, analiz czy felietonów gazet - w postaci powielanych wielokrotnie pakietów wydruków lub ich elektronicznych wersji?
Autor był redaktorem naczelnym "Gazety Bankowej" i Gazety Giełdy PARKIET