W całej Europie główne giełdowe indeksy znajdują się w trendach wzrostowych. Przy czym tempo wzrostu zależy od tego, czy dany kraj zalicza się do rynków wschodzących, czy rozwiniętych. Te pierwsze rosną w tempie więcej niż dwa razy szybszym. Indeksy wyliczane dla krajów strefy euro i dla Unii Europejskiej, przez bank inwestycyjny Morgan Stanley, wzrosły od początku roku o 14-15%. Wskaźnik dla europejskich rynków wschodzących zyskał około 40%. Jak długo utrzyma się przewaga grupy giełd, do której zalicza się również rynek w Warszawie, nad resztą świata? Uczciwa odpowiedź brzmi: nie wiem.
Inwestorów przyciąga do regionu kombinacja kilku czynników, z których jednym z ważniejszych wydaje się dostęp do taniego finansowania. Rentowność obligacji 10-letnich w Europie i Stanach Zjednoczonych bliska jest rekordowo niskich poziomów - w kategoriach realnych kształtują się na poziomie 1%. Na tym tle polskie 10-letnie papiery skarbowe wydają się atrakcyjne - w wyniku znacznego spadku inflacji ich realna rentowność przekracza 3,3%. Wczoraj tę atrakcyjność zmniejszył w pewnym stopniu rząd holenderski, który o rok (do stycznia 2007) odłożył reformę systemu emerytalnego. Tymczasem oczekiwano, że fundusze emerytalne będą stanowić istotną część popytowej strony rynku. Efekt był taki, że rentowność 30-letnich niemieckich obligacji podskoczyła o 8 punktów bazowych, najmocniej od sześciu miesięcy, do 3,6%. Rentowność papierów 10-letnich zwiększyła się o 6 pb., do 3,11%. Oceniając hossę na rynkach akcji - przynajmniej w Polsce, na Węgrzech i w Czechach rośnie po kilka spółek, które ciągną w górę główne indeksy. Czynnikami wewnętrznymi tłumaczyć można przede wszystkim zwyżkę na rynku czeskim, gdzie wzrost PKB przekracza 5% przy inflacji poniżej 2%. Węgry rozwijają się w tempie 4,1% rocznie, ale inflacja utrzymuje się powyżej 5%. Na tym tle Polska, z 2,8-proc. wzrostem gospodarczym i 1,3-proc. inflacją, prezentuje się może mało efektownie, ale stabilnie.