W analizie zamieszczonej w poniedziałkowym wydaniu Parkietu napisałem: "Jest całkiem prawdopodobne, że w tym tygodniu powrócimy do trendu wzrostowego i wkrótce zanotujemy nowe rekordy. Trzeba jednak uważać, bo radość posiadaczy długich pozycji może okazać się krótka". Przyznam jednak, że szybkość cofnięcia się popytu po zaliczeniu nowego rekordu trochę mnie zaskoczyła. Nie przypuszczałem, że ta "radość posiadaczy długich pozycji" może być aż tak krótka.

Sesja zaczęła się w dobrych nastrojach. Kontrakty zanotowały kolejny rekord hossy, dochodząc do 2518 pkt. Nie udało się jednak tego poziomu utrzymać. Rynek słabł do południa. Późniejsza zwyżka miała dwa oblicza. Na rynku kasowym był to powolny wzrost, ale na kontraktach dało się zauważyć znacznie większą chęć do zakupów. Wartość bazy z prawie -30 pkt skurczyła się niemal do zera. Ostatnie dwie godziny to jednak ponowna porażka byków. Ceny zbliżyły się do okolic porannego szczytu, ale nie udało się go wyrównać, nie mówiąc już o wyjściu wyżej. W takiej chwili niepewności podaż pojawiła się na rynku węgierskim, co szybko przełożyło się i na ceny w Warszawie. Zakończenie notowań blisko minimów sesji mówi samo za siebie.

Mamy za sobą kolejną sesję dużej zmienności cen, ale to nie powinno zaskakiwać. Spadek cen w drugiej części sesji może zaniepokoić część posiadaczy długich pozycji. Czy słusznie? Nie wykluczam, że ten wczorajszy spadek może być kontynuowany i na dzisiejszej sesji. Nie sadzę jednak, by miałby to być już początek nowego trendu. Gdyby tak założyć, to należałoby zwrócić uwagę na to, że formowanie szczytu było bardzo spokojne. Ten spokój jest poważnym czynnikiem, który sugeruje, że to jeszcze nie koniec. Czteroletnia hossa nie kończy się tak mało spektakularnie.