Podsumowuję takie "polityczne" sesje z coraz większym zniechęceniem. Zdaję sobie bowiem sprawę, że wystarczy teraz jedna deklaracja potencjalnych koalicjantów, by obserwowany wczoraj rozkład giełdowych sił przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Prognozując zachowanie indeksów faktycznie prognozujemy kształt sceny politycznej. Nie po raz pierwszy i nie ostatni inwestorzy muszą trudnić się takim politycznym hazardem. Proszę w takich momentach nie oczekiwać prognoz i podpowiedzi od krupiera.

Tym bardziej że jeśli spojrzymy na wykres, to do mocniejszego ruchu nie trzeba wiele. Na czwartkowej sesji zarówno indeks, jak i kontrakty testowały zeszłotygodniowe dołki. Przypomnijmy, że w przypadku WIG20 jest to 38,2-proc. zniesienie całej fali wzrostowej od maja. Tu jest dość mocne wsparcie, poniżej którego technicy mogą skapitulować. Fundusze zdają się dobrze o tym wiedzieć. Czterokrotnie zbliżaliśmy się do tych poziomów i natychmiast pojawiały się zaporowe oferty i duże zlecenia kupna, mające na celu obronę rynku przed wejściem w spiralę spadku. Takie ubijanie wsparcia wzmacnia tylko jego wymowę.

Październikowe dołki są równie istotnymi wsparciami na amerykańskich indeksach i warto zauważyć, że ostatnie dane o transakcjach insiderów sugerują duże prawdopodobieństwo ich obrony. Przed falą spadkową z początku miesiąca stosunek wartości transakcji sprzedaży do kupna wynosił aż 6,98 (Vickers Weekly Insider Report), a w ostatnich tygodniach spadł do 1,52. Takie ograniczenie podaży przez "wtajemniczonych" na spadkowym rynku zawsze zapowiadało brak kontynuacji przeceny w średnim terminie. Tylko czy dla rynków wschodzących nawet ewentualne wzrosty indeksów w USA będą wystarczającym zadośćuczynieniem dla wciąż rosnącej rentowności amerykańskich obligacji?