Pojawienie się notek na temat ostatniego wzrostu cen złota na pierwszych stronach gazet nie jest może najpomyślniejszym zwiastunem w krótkoterminowej perspektywie. Z pewnością zwyżka ceny tego kruszcu do najwyższego poziomu od 24 lat stanowi zadośćuczynienie dla wszystkich "gold bugs" (tak określa się w USA inwestorów i spekulantów związanych z rynkiem złota), którzy w ciągu minionych kilku lat musieli długo czekać na swoją kolej, z zazdrością obserwując kilkakrotne wzrosty cen innych surowców. W ich efekcie stosunek ceny złota do wielu innych głównych surowców spadł do najniższych poziomów od kilkudziesięciu lat. Ciekawie wyglądało w ostatnim okresie porównanie cen złota i ropy naftowej. Ich wzajemny stosunek był równie niski (na niekorzyść złota), jak jedynie 2-krotnie w okresie minionych 140 lat - w latach 1860-70, po wojnie secesyjnej w USA oraz na początku lat

20. minionego wieku po I WŚ. Oczywiście, zwyżka cen surowców energetycznych z ostatnich lat wynikała po części z realnego wzrostu popytu, po części zaś z obaw przed materializacją scenariuszy typu "peak oil". Ta ostatnia koncepcja została przedstawiona 50 lat temu przez amerykańskiego geologa M. King Huberta. Postawił on tezę, że - mocno upraszczając - do ok. 2000 roku ludzkość zdoła bezpowrotnie zużyć ok. połowy nadających się do wydobycia zasobów ropy naftowej. Według jednego ze współczesnych ujęć tej koncepcji zużycie pierwszego tysiąca miliardów baryłek ropy zajęło ludzkości 140 lat, a przy obecnym tempie konsumpcji zużycie drugiej połowy dostępnej ropy zajmie mniej niż kolejne 30 lat. Na tle hossy na rynku ropy naftowej z minionych lat 2-krotny wzrost ceny złota w porównaniu z minimum z lat 1999 oraz 2001 (ok. 250 USD/uncję) nie robi wielkiego wrażenia. Z pewnością jednak może niepokoić bankierów centralnych, którzy znając historię, zdają sobie oczywiście sprawę z monetarnego aspektu złota będącego przez większą część historii - zanim w XX wieku nie zostało zdetronizowane przez rządowy "papier" - prawdziwym pieniądzem.