Zarządzający z funduszy w środę położyli nogi na stole i od tego czasu nic ciekawego się na rynku nie dzieje. O postawie instytucji niech świadczą obroty, których wartość na ostatnich dwóch sesjach jest niemal o połowę mniejsza w porównaniu ze średnią z ostatnich tygodni. Nogami zagłosowali też indywidualni inwestorzy, co sugerują nie tylko obroty na kontraktach, ale też spadający LOP. W tak spokojnej konsolidacji nie ma teraz chętnych do otwierania nowych pozycji. Zresztą oprócz kierunku znaczenie mają też inne czynniki. Przed świętami aktywność indywidualnych inwestorów z reguły się zmniejsza. Po drugie wygasa za tydzień grudniowa seria i większość tylko zamknie pozycje, a nie będzie otwierać nowych. W końcu po trzecie - podatki. Cześć indywidualnych inwestorów ze względu na rozliczenia podatkowe chce mieć puste portfele na koniec roku. Zniechęciłby ich do tego jakiś dynamiczny ruch, ale obecne wysokie kursy wszystkim pasują i rodzime fundusze raczej go nie zainicjują.

W nawiązaniu do zachowania rynków naszego regionu muszę zauważyć pewną prawidłowość. Zawsze wszyscy chętnie powtarzają, że większość funduszy traktuje emerging markets jak jeden koszyk i gdy gdzieś widać wyraźne problemy, cierpi cały region. Nastroje na tych giełdach odgrywają przecież często znacznie większą rolę niż fundamenty. Teraz natomiast mamy sytuację taką, że giełdowe serwisy rozpisują się o przepływie kapitału z Węgier (najsłabsi) właśnie do Polski, Czech czy Turcji (lider). Kłopoty z deficytami bratanków wręcz nam "pomagają". Pewnie i też bym takiej wersji przytaknął, gdyby nie fakt, że gdy zacznie się znowu moda na węgierskie akcje, to z tych samych ust padną opinie, że... na pewno zachęci to fundusze także do GPW. Morał? Wszystko nam pomaga.