Mój przyjaciel Tadek interesuje się samochodami. Jego wiedza o pojazdach jest tak wielka, że stanowi dla mnie wykładnię we wszystkich kwestiach związanych z motoryzacją. W tych kwestiach nie kłócimy się. Wydaje mi się, że podobny jest jego stosunek do tematu rynków finansowych. Nasze rozmowy o inwestycjach na rynku sprowadzają się raczej do formy moich opowieści i jego pytań: co? kiedy? ile?... Taki układ jest dobry, ponieważ nigdy nie doprowadza żadnej ze stron do poirytowania. Bo najgorsze jest słyszeć, jak ktoś wypowiada się o sprawach, na których się po prostu nie zna.
Może dlatego nie jestem zwolennikiem wykorzystywania rynków finansowych w polityce. Bardzo niechętnie odnoszę się do wszelkich wypowiedzi typu "rynek pozytywnie zaakceptował" np. na wyniki wyborów lub plan budżetu, padających z ust polityków.
Rynki finansowe są mechanizmem o wiele bardziej skomplikowanym, na szczęście, znajdującym się pod wpływem wielu zmiennych. Stosunek inwestorów do jednego z czynników wcale nie musi być od razu odzwierciedlony w poziomie cen. Bo przecież niektórych cech gospodarki żadna opcja polityczna nie jest już w stanie polepszyć czy też zepsuć.
Wątek polityczny pojawił się niedawno na rynku walutowym. To naprawdę bardzo ciekawe. Złoty jest ostatnio najsilniejszą walutą w regionie. Jego moc pod koniec roku nie powinna budzić zdziwienia. To już wręcz tradycja. Jak to zwykle bywa, koniec roku to czas zamykania pozycji walutowych przez podmioty gospodarcze. Ponieważ w tym roku wzrostowy trend złotego skłaniał do nadziei akurat krajowych eksporterów, to oni w głównej mierze generują teraz popyt na PLN. Co ciekawe, bardzo mało aktywni są inwestorzy zagraniczni. A to zwykle oni zgłaszali popyt na polskie aktywa pod koniec roku. Zagranica nie jest skłonna do zakupu obligacji czy też akcji, co więcej, coraz częściej stoi po stronie sprzedaży. To jest, na marginesie, bardzo ważny punkt w dyskusji, jak rynki oceniają obecną konstelację polityczną w Polsce.
Złoty jednak umacniał się i należy powiedzieć, że agresywny popyt na PLN generował ostatnio pewien bank, który w społeczności "traderów międzybankowych" jest kojarzony z aktywnością na rynku Ministerstwa Finansów. Ponieważ jednak ministerstwo oficjalnie nie ustosunkowało się do sprzedaży walut, temat ten wciąż należy traktować w kategoriach legendy. Musimy zaczekać do oficjalnego komunikatu. Popyt na złotego był na tyle silny, że obniżenie ratingu na Węgrzech zostało totalnie zignorowane (chociaż polski rynek akcji i obligacji zareagował wyprzedażą). W takim właśnie momencie wypowiedź premiera Marcinkiewicza, że złoty umacnia się niepokojąco szybko, była prawdziwą perełką dla "kibiców rynku". Znam takich, którzy potraktowali to w kategoriach żartu, zrozumiałego oczywiście tylko przez elitarną grupę uświadomionych uczestników rynku. Następnego dnia, po wypowiedzi premiera, agresywny sprzedający już się nie pojawił. Nagle rynek zauważył osłabienie forinta, co zadecydowało o wzroście EUR/PLN.