PARKIET pisał kilka dni temu o projekcie ustawy o nadzorze nad instytucjami finansowymi, czyli de facto nad całym rynkiem. Inne gazety także pisały. I co?
Po medialnej ofensywie zapadła głucha cisza. Żadnej dyskusji: sprzeciwu, pochwał, wymiany argumentów. Nic. Może tylko czasem - gdzieś przy okazji, w kuluarach, prywatnie.
Najwyraźniej nikt się nie chce wychylać. Ani obecni nadzorcy, którzy mieliby odejść do lamusa, ani uczestnicy rynku. Pierwsi myślą może, że im nie wypada. Czasem zasłaniają się procedurą uzgodnień międzyresortowych. Drudzy się chyba boją, jak wiele razy w przeszłości. Albo milczą na wszelki wypadek.
Na pewno jakieś przemyślenia ma Komisja Papierów Wartościowych i Giełd. Przez lata dobijała się o nowe kompetencje i rozwiązania legislacyjne, więc jest do dyskusji dobrze przygotowana. Jej rozważania o nadzorze ostrożnościowym (jak rozumiem, chodzi o regulację rynku i dopuszczanie do działania na nim kolejnych podmiotów) oraz rynkowym (zapewne wykrywanie nieprawidłowości i karanie sprawców) są interesujące.
Zgodzą się pewnie inwestorzy, że w kwestii tzw. nadzoru rynkowego wciąż wiele pozostaje do zrobienia, bo mimo upływu lat i zmian, skuteczność w zwalczaniu rynkowych nieprawidłowości jest taka sobie - jeśli nie na etapie nadzoru, to prokuratury i sądów.