Środowa dobra końcówka notowań, po wcześniejszej panice, zaowocowała na wczorajszej sesji sporą chęcią zakupów. Wprawdzie bywały już ciekawsze ataki popytu, ale liczy efekt. Ten jest taki, że zbliżyliśmy się do okolic szczytu hossy. Do rekordu zabrakło ledwie 19 pkt.
Zakupy nie były szaleńcze, ale też nie o to tu chodzi. Wielkość obrotu okazała się wprawdzie nieco mniejsza (zabrakło niecałe 600 tys. zł do miliarda) niż przy takich okazjach być powinna, ale zachowanie cen można uznać za stosunkowo dobre. Po porannym silnym skoku (łącznie z luką hossy) korekta była bardzo płytka, co sugerowało utrzymywanie się przewagi popytu. W przypadku kontraktów ta korekta była także dość krótka i szybko dochodziło do wyznaczania nowych maksimów sesji. Na kasowym było wyraźnie spokojniej. Ten rozdźwięk nieco niepokoi, ale nie na tyle oczywiście, by zagrozić ocenie tendencji panującej na rynku. Drugim niepokojącym elementem jest fakt, że wzrost wartości indeksu w kilku przypadkach został wywołany jedynie przez koszykowe zlecenia kupna. To wynik arbitrażu, jaki pojawia się przy rozciągniętej bazie.
Mimo tych wątpliwości sesję należy uznać za udaną. Mamy wzrost cen przy wzroście liczby otwartych pozycji. Dzieje się to po niedawnej małej panice, co daje całkiem spory potencjał ruchu. Bliskość szczytu pozwala oczekiwać dziś nowych rekordów hossy. Wczorajsza sesja potwierdza tezę, że trend jest trendem, a ostatnie dwa dni pokazały, że walka z nim nie popłaca. Do wsparć ponownie mamy wiele miejsca. Przypomnę, że najbliższym jest dołek z przełomu roku 2005 i 2006. Od biedy można przyjąć, że wsparciem jest także wczorajsza luka hossy, ale dotyczyć to może jedynie graczy o krótkim horyzoncie inwestycyjnym. Jej zamknięcie nie wpłynie na ocenę średnioterminową.