To jego praca, my jej nie komentujemy. Kontrargumenty mówią, że przyjęcie euro będzie korzystne dla kraju, ponieważ już teraz jego związki ze strefą euro są bardzo silne. Strefa euro jest naszym najważniejszym partnerem handlowym. Jej udział w naszych obrotach jest znacznie wyższy niż np. w przypadku Polski. Handlujemy w dużej mierze z tymi samymi krajami, co państwa strefy euro. Dlatego nasze wejście do unii walutowej byłoby sprawą naturalną. Wierzymy, że przyjęcie euro wyraźnie poprawi potencjał wzrostowy gospodarki, m.in. poprzez redukcję kosztów transakcji czy obniżenie poziomu stóp procentowych. Ale decyzje w sprawie daty przyjęcia euro zależą od rządu.
Największą przeszkodą na drodze do euro wydaje się wysoki deficyt budżetowy...
Tak, to prawda. I tak naprawdę to jedyna przeszkoda, bo jeśli poziom deficytu da się sprowadzić do poziomu wynikającego z kryterium z Maastricht, to resztę kryteriów będzie można wypełnić z łatwością.
Co rząd powinien zrobić, by deficyt spadł do wymaganego poziomu?
Dane wskazują, że teraz deficyt na Węgrzech sięga około 9% PKB. Kryterium z Maastricht to 3% PKB, czyli następny rząd będzie musiał zamknąć lukę sięgającą mniej więcej 6% produktu krajowego. Robiliśmy symulację, gdzie szukać możliwości dostosowania. Oparliśmy się na porównaniu struktury wydatków rządowych do średnich standardów unijnych i do średnich dla nowych krajów członkowskich. Wyszło nam, że oszczędności kosztów administracyjnych oraz podniesienie współpłatności mogą dać ok. 1,5 pkt proc. PKB. 0,5 pkt proc. może pochodzić z cięć inwestycji, a 1 pkt proc. mogą przynieść oszczędności, wynikające z dostosowania długoterminowych stóp procentowych na Węgrzech do poziomu w strefie euro, ale tylko jeśli natychmiast zostanie wdrożony wiarygodny program. Reszta musi zaś pochodzić z podwyższenia podatków bądź obniżenia płatności transferowych dla sektora gospodarstw domowych i dla przedsiębiorstw. Innej drogi nie ma.
Jakie reformy będą krajowi potrzebne?