Coraz większa grupa znanych mi inwestorów zaczęła w ostatnim tygodniu zmniejszać zaangażowanie kapitału na GPW. Żadna to wskazówka przyszłej koniunktury, bo władzę nad giełdowym trendem dzierżą największe instytucje - i to tam zapadać będą ostateczne wyroki. Nie jest to też efekt złych lub dobrych wyników inwestycyjnych. Chodzi jedynie o fakt znacznego wzrostu ryzyka jeśli chodzi o określanie kolejnego ruchu warszawskich indeksów.
Przyczyniają się do tego trzy czynniki. Po pierwsze - bardzo duże uzależnienie od wąskiego grona zachodnich funduszy. Po drugie - bardzo duży wzrost zmienności, który w czasie hossy dynamizował wzrosty, a w czasie korekty/konsolidacji wystawia inwestorów na często dość przypadkowe wahania. Po trzecie - najgorętsza fala hossy jest już za na nami i od kilku tygodni rynek zaczął (czasami) reagować zarówno na złe informacje ze strony fundamentów, jak i na ruchy zachodnich indeksów. W fazie zeszłorocznego euforycznego wzrostu nikt się na nic nie oglądał i każda wiadomość była pozytywnie interpretowana. Ten etap jest już za nami, a kierunek przestał być "oczywisty".
Nie dla wszystkich wzrost ryzyka jest złą wiadomością i nie wszystkich odstrasza od rynku. Fani spółek śmieciowych, hazardziści, masochiści i wróżbici nerwowe zmiany indeksów zawsze będą odbierać jako świetną okazję do podwojenia kapitału. Taką szansę dawała choćby ostatnia piątkowa sesja, w czasie której kontrakty zyskały rekordowe 121 pkt. Tyle tylko, że zanim obejrzeliśmy atak zachodnich funduszy na rynki emerging markets, to WIG20 razem z kontraktami stąpał po bardzo cienkiej czerwonej linii, jaką było dolne ograniczenie całej lutowej konsolidacji. Wybicie niżej zasypałoby rynek podażą od techników widzących zasięg spadku wyznaczony przez rozpiętość dwutygodniowej konsolidacji.
Odsiecz przyszła w ostatnim momencie. Takie ocalenie rynku przez zachodnie fundusze agresywnie atakujące rynki regionu w krótkim terminie musi teraz zmienić nastroje na rynku. Węgierski BUX wzrósł w piątek o 4,96% i mimo ostatniej słabości jest na poziomach najwyższych od października. Do szczytów hossy intraday brakuje niecałe 3%. Nowe szczyty hossy zanotował z kolei czeski PX50, rosyjski RTS, turecki ISE100, czy też w końcu ATX - indeks giełdy wiedeńskiej. W międzyczasie - po środowych świetnych danych o polskiej inflacji - rozpoczęło się na rynku długu i na rynku walutowym dyskontowanie kolejnej obniżki stóp procentowych. Niewykluczone, że już na lutowym posiedzeniu. Takie otoczenie musiało wymusić wzrosty na GPW. Tyle tyko, że tym razem ta siła emerging markets ma zdecydowanie bardziej kruche fundamenty i trudno oczekiwać, by piątkowe wzrosty miały rozpocząć nową falę hossy.
Wsparcie surowców