Główna stopa (dwutygodniowych depozytów) na Węgrzech od sześciu miesięcy wynosi 6 proc. i jest najwyższa w Unii Europejskiej. Zgodnie z przewidywaniami, także wczoraj pozostała bez zmian. Bank uznał, że choć przeprowadzona w styczniu obniżka podatków zaowocowała mniejszym, niż się spodziewano, spadkiem cen, to perspektywy inflacyjne są korzystne. Zamierzeniem banku jest utrzymanie inflacji w pobliżu 3 proc. W lutym wynosiła 2,5 proc.
Nie można jednak wykluczyć zacieśniania polityki na kolejnych posiedzeniach. Zdaniem analityków węgierskiego oddziału ING, już w przyszłym miesiącu główna stopa wzrośnie do 6,5 proc. Problemem są rosnące koszty kredytu w bardziej rozwiniętych gospodarkach, co sprawia, że aktywa z rynków wschodzących cieszą się mniejszym powodzeniem. Do tego dochodzą obawy o węgierski deficyt budżetowy, który znacznie przekracza przyjęte w Unii limity. Na obie kwestie bank centralny zwrócił uwagę w komunikacie po posiedzeniu.
Szef banku centralnego Zsigmond Jarai stwierdził, że zeszłotygodniowa gwałtowna zniżka notowań forinta - nazwał ją "przejściową chorobą" - w większej mierze była wyrazem obaw zagranicznych inwestorów o stan węgierskich finansów niż dostosowaniem się do tendencji panujących w całym regionie. W ubiegłym tygodniu za euro płacono już nawet 266,3 forinta, czyli najwięcej od przeszło dwóch lat. Zdaniem ekonomistów, osłabienie się pieniądza do poziomu 268 forintów za euro powinno poskutkować natychmiastowym podniesieniem stóp o 1 pkt proc.
Węgrzy przerobili podobny scenariusz już trzy lata temu. W grudniu 2003 r. bank centralny został zmuszony podnieść główną stopę aż o 3 pkt proc., po tym jak w ciągu dwóch miesięcy zagraniczni inwestorzy wycofali aż 670 mln USD ulokowanych w węgierskich obligacjach, a forint znalazł się blisko poziomu najniższego w historii. Tamta podwyżka, największa od 10 lat, wywindowała stopę do 12,5 proc.
Po wczorajszej decyzji Rady Monetarnej waluta osłabła do 261,83 forinta za euro, w porównaniu z 261,04 w piątek.