W nocy z poniedziałku na wtorek polskiego czasu przemówienie wygłosił Ben Bernanke. Rynki oczekiwały na to wystąpienie nie tylko ze względu na to, że jest to nowy szef Fed, ale także przez to, że mamy właśnie okres dość dużej niepewności, co do przyszłych ruchów FOMC. Spodziewano się, że padną słowa pomocne w określeniu prawdopodobieństwa dalszych decyzji odnośnie do wysokości stóp procentowych. Tak się nie stało, przynajmniej bezpośrednio Ben Bernanke nie poruszył tematu zmian w polityce monetarnej. Niemniej rynek starał się coś z tego wycisnąć, i wycisnął. Okazało się, że zdaniem nowego szefa Fed gospodarka ma się dobrze i na razie nie ma zagrożenia załamania na rynku nieruchomości. M.in. te stwierdzenia uznano za ważne, bo sygnalizują brak strachu przed dalszymi podwyżkami stóp procentowych. Opublikowane wczoraj dane dotyczące zmian cen produkcji sprzedanej tylko potwierdzają, że cykl podwyżek nie skończy się już zdyskontowaną podwyżką na najbliższym posiedzeniu FOMC.
Dla nas jest to wiadomość podwójnie zła. Po pierwsze, obniża chęć do kupna amerykańskich akcji, co może mieć wpływ na nasz rynek, a po drugie nadal będziemy świadkami rosnącej atrakcyjności amerykańskich papierów dłużnych w stosunku do polskich. W efekcie możemy nadal obserwować presję inwestorów zagranicznych raczej po stronie podaży niż popytu.
Kontrakty terminowe na WIG20 po początkowym spadku wartości wyhamowały na poziomie linii łączącej kilka dołków i szczytów wyznaczonych w ciągu ostatnich kilku tygodni. Niewiadomą pozostaje aktywność popytu, która nie była dziś zbyt duża. Jest to zastanawiające, bo na wykresie indeksu także doszło do obrony linii trendu. Mała aktywność sugeruje, że oba sygnały są mało wiarygodne.