Przebieg wtorkowych notowań na GPW był zgodny ze schematem międzyświątecznych konsolidacji. Cały dzień WIG20 kręcił się wokół piątkowego zamknięcia i poza umówionymi dużymi wymianami funduszy trudno było dostrzec aktywność jakichś poważnych inwestorów. Jedyna niespodzianka to niskie otwarcie kontraktów, które trochę uśpione przez majówkę i trochę przestraszone czwartkowym załamaniem, nie zareagowały w pierwszych minutach handlu na kolejne rekordy cen miedzi. Nadrobiły to dość dynamicznie, i do tego z nawiązką, bo tak należy nazwać późniejsze "wyzerowanie" bazy, gdy uwzględnimy w fair value dywidendy, które z czasem obniżą wartość indeksu.

Warto przy tym zwrócić uwagę, że ten optymizm rodzimych inwestorów nie był odosobniony, co widać było zarówno po indeksach emerging markets (RTS wzrósł ponad 3 proc. na nowe szczyty hossy), jak i na rynku walutowym, gdzie mimo równie leniwego handlu trwało umocnienie złotego, forinta, czeskiej korony, jak i tych bardziej egzotycznych walut. Źródło tej siły wciąż pozostaje jedno - napływ środków do globalnych funduszy. W tygodniu zakończonym 26 kwietnia do funduszy inwestujących w aktywa z emerging markets trafiło kolejne ponad 2 mld USD, czyli najwięcej od przełomu lutego i marca.

Co ciekawe, aż 60 proc. tej sumy musi zostać zainwestowane w grupie tylko 4 krajów, wśród których znajduje się właśnie Rosja (Brazylia, Indie, Chiny). To chyba najdobitniej tłumaczy zarówno opieranie się przez rosyjski indeks ostatnim zawirowaniom, jak i siłę indeksu na wtorkowej sesji. Jednocześnie takie zachowanie rynków znowu prowokuje do pytania - czy do hossy na emerging markets naprawdę konieczna jest hossa na rynku surowców, czy też wystarczy jedynie tak gigantyczny napływ gotówki, a powód i tak się wtedy znajdzie?