Reklama

Realny wzrost płac ważniejszy niż nominalny

Obserwowane obecnie tempo wzrostu gospodarczego generuje całkiem pokaźny popyt na pracę

Publikacja: 30.05.2006 09:35

W ostatnim czasie niesamowitą karierę robią dyskusje dotyczące tempa wzrostu wydajności pracy. Temat poruszany jest w dwóch szczególnie istotnych kontekstach. Po pierwsze, przy omawianiu zmian w wielkości funduszu płac i potencjalnego wpływu owych zmian na inflację. Po drugie, przy kreśleniu scenariuszy dotyczących przyszłości rynku pracy - zwłaszcza tendencji dotyczących zatrudnienia.

Należy wspomnieć dyskusje toczone przed niespełna dwu laty, kiedy każdy wzrost funduszu płac wyższy od aktualnego tempa inflacji wydawał się niebezpieczny. Na szczęście obecnie jako naturalny i bezpieczny traktowany jest wzrost funduszu płac związany ze zwiększeniem zatrudnienia (skoro ktoś zatrudnia, to w celu zwiększenia produkcji - a jeśli tak, to dodatkowy strumień płac znajdzie odzwierciedlenie w dodatkowej ilości towarów i usług dostępnych na rynku). Złagodniało też podejście do wzrostu przeciętnego uposażenia. Patrzy się teraz raczej na wzrost realny, nie nominalny, a dodatkowo - wzrost płac niższy niż tempo wzrostu wydajności traktowany jest jako bezpieczny.

Wzrost wydajności a popyt na pracę

Ciekawszymi jednak jawią się dyskusje (stosunkowo rzadkie) o zależnościach między wzrostem wydajności a popytem na pracę. Wypada przypomnieć, że zawsze polską specyfiką była niezła dynamika wzrostu gospodarczego - wypracowywana jednak głównie za sprawą poprawy wydajności, nie zaś zwiększenia popytu na pracę. Szczególnie jaskrawym przykładem może być tu przemysł. Z obserwacji lat poprzednich wynika, że w przedsiębiorstwach przemysłowych zadowalający poziom wzrostu wydajności (liczonej produkcją na jednego zatrudnionego) to około 8 - 10 proc. Przy dynamice produkcji wyraźnie niższej od tej wartości przemysł intensyfikuje zwolnienia pracowników. Oczywiście, na tak duży postęp w efektywności składa siź zazwyczaj kilka czynników. Po pierwsze, oddawanie w ręce pracowników nowocześniejszych narzędzi. Po drugie, coraz lepsza organizacja pracy. Po trzecie, faktyczny wzrost wydajności pracowników.

Produktywność rośnie

Reklama
Reklama

Utrzymywanie się przez część ub.r. dynamiki produkcji sprzedanej przemysłu na poziomie wyraźnie niższym niż 8 - 10 proc. wzbudzało dość istotne obawy o przyszłe tendencje w zatrudnieniu. W zasadzie powinna być obserwowana reakcja w postaci zwolnień pracowników. Tak jednak nie było. A po zwiększeniu dynamiki produkcji w III i IV kw. owa groźba okazała się już wyraźnie mniejsza. Pozytywne tendencje są też obserwowane na początku br. Tempo zwyżki produktywności plasuje się bardzo blisko zadowalającego poziomu. Co ciekawe, w ostatnich miesiącach niewielkie jest zróżnicowanie tempa wzrostu wydajności między głównymi działami przemysłu - oscyluje ono około 8 proc. Jest to o tyle znamienne, że tempo wzrostu sprzedaży istotnie różni owe działy. W przypadku przetwórstwa sprzedaż rośnie szybciej, a liczba pracujących wzrasta. Natomiast w przypadku górnictwa i kopalnictwa oraz zaopatrywania w energię elektryczną gaz i wodę tempo wzrostu sprzedaży jest wyraźnie niższe od progowego, ale redukcje personelu pozwalają utrzymać zakładany wzrost poziomu wydajności.

Wypaczone statystyki

Czemu nie było zwolnień? Statystyki wyników 2005 r. mieliśmy mocno wypaczone efektami bazowymi związanymi ze specyfiką 2004 r. i falowaniem poziomu sprzedaży i wzrostu wydajności. Warto przypomnieć, że w miesiącach przedakcesyjnych (pierwsza połowa 2004 roku) roczna dynamika produkcji i wydajności pracy przekraczała nawet 20 procent. Skoro tak, to w początku 2005 roku każdy dodatni wynik w przemyśle (dynamika roczna) powinien był być traktowany jako zadowalający. Trzeba też pamiętać, że wysokie w okresie okołoakcesyjnym wyniki możliwe były do osiągnięcia dzięki wydłużeniu czasu pracy (np. o nadgodziny). Skoro tak - to faktyczny postęp w zwiększaniu produktywności był wtedy niższy. Osiągnięcie więc na początku 2005 r. sprzedaży takiej jak przed rokiem (a nawet nieco wyższej), ale bez posiłkowania się wydłużonym czasem pracy, było najprawdopodobniej uznane w przedsiębiorstwach za zadowalające. Odreagowaniem szczególnego okresu okołoakcesyjnego był też dosyć niespodziewany powrót do wzrostowej tendencji zatrudnienia.

Nic nie trwa wiecznie

Opisane wyżej falowanie sprzedaży i wydajności w przemyśle oraz postępujące zmiany w strukturze zatrudnienia obserwowane w całej gospodarce (wzrost znaczenia usług, w tym również drobnych dla gospodarstw domowych) spowodowały, że ostatnie lata przyniosły nam wyraźne odejście od typowego dla naszej gospodarki tempa wzrostu wydajności. Z zestawienia danych o rachunkach narodowych i Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności wynika, że typowym wzrostem wydajności nie jest już 3,5 - 4 proc., ale raczej 2 proc. W konsekwencji więc obserwowane obecnie tempo wzrostu gospodarczego generuje całkiem pokaźny popyt na pracę. Tak dobry układ nie musi trwać wiecznie, ale każdy dodatkowy rok poprawiał będzie wskaźnik zatrudnienia i umożliwiał dyskusje nad dalszym zmniejszaniem obciążeń związanych z kosztami pracy.

Główny ekonomista BOŚ

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama