W ostatnim czasie niesamowitą karierę robią dyskusje dotyczące tempa wzrostu wydajności pracy. Temat poruszany jest w dwóch szczególnie istotnych kontekstach. Po pierwsze, przy omawianiu zmian w wielkości funduszu płac i potencjalnego wpływu owych zmian na inflację. Po drugie, przy kreśleniu scenariuszy dotyczących przyszłości rynku pracy - zwłaszcza tendencji dotyczących zatrudnienia.
Należy wspomnieć dyskusje toczone przed niespełna dwu laty, kiedy każdy wzrost funduszu płac wyższy od aktualnego tempa inflacji wydawał się niebezpieczny. Na szczęście obecnie jako naturalny i bezpieczny traktowany jest wzrost funduszu płac związany ze zwiększeniem zatrudnienia (skoro ktoś zatrudnia, to w celu zwiększenia produkcji - a jeśli tak, to dodatkowy strumień płac znajdzie odzwierciedlenie w dodatkowej ilości towarów i usług dostępnych na rynku). Złagodniało też podejście do wzrostu przeciętnego uposażenia. Patrzy się teraz raczej na wzrost realny, nie nominalny, a dodatkowo - wzrost płac niższy niż tempo wzrostu wydajności traktowany jest jako bezpieczny.
Wzrost wydajności a popyt na pracę
Ciekawszymi jednak jawią się dyskusje (stosunkowo rzadkie) o zależnościach między wzrostem wydajności a popytem na pracę. Wypada przypomnieć, że zawsze polską specyfiką była niezła dynamika wzrostu gospodarczego - wypracowywana jednak głównie za sprawą poprawy wydajności, nie zaś zwiększenia popytu na pracę. Szczególnie jaskrawym przykładem może być tu przemysł. Z obserwacji lat poprzednich wynika, że w przedsiębiorstwach przemysłowych zadowalający poziom wzrostu wydajności (liczonej produkcją na jednego zatrudnionego) to około 8 - 10 proc. Przy dynamice produkcji wyraźnie niższej od tej wartości przemysł intensyfikuje zwolnienia pracowników. Oczywiście, na tak duży postęp w efektywności składa siź zazwyczaj kilka czynników. Po pierwsze, oddawanie w ręce pracowników nowocześniejszych narzędzi. Po drugie, coraz lepsza organizacja pracy. Po trzecie, faktyczny wzrost wydajności pracowników.
Produktywność rośnie