Koniec ubiegłego tygodnia - mimo zielonego koloru na tablicy notowań warszawskiej giełdy - przyniósł też smutną informację. Oto bowiem analitycy, statystycy i inni bardzo mądrzy z europejskiej centrali oznajmili, że IV Rzeczypospolita jest jednym z dwóch najbiedniejszych krajów Unii (za nami jest tylko Łotwa). Dochód narodowy, jaki w ciągu roku wytwarza statystyczny Polak (nieważne, czy zwolennik Giertycha czy Pawlaka), to ledwie połowa tego, co produkuje przeciętny mieszkaniec Wspólnoty. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że w przyszłym roku znajdziemy się na ostatnim miejscu i będziemy tym samym najbiedniejszym krajem dwudziestki piątki. Do tego dorzucić trzeba jeszcze jedną niewesołą informację - państwa rozwinięte gonimy wolniej niż Estonia, Litwa, Łotwa, Węgry czy Słowacja. Na szczęście, jak zauważają niektórzy, ceny wielu towarów - na przykład benzyny czy ciuchów - mamy takie, jak ci najbogatsi, i to może nas podnosić na duchu. A duch u nas od lat jest nie byle jaki, o czym pisywali już i Mickiewicz, i Słowacki. Zresztą duchowego wsparcia mamy u nas cały czas dostatek. Wystarczy chociażby posłuchać premiera, który podczas ubiegłotygodniowego pobytu we Wrocławiu obiecał wspierać starania tego miasta przy organizowaniu światowej wystawy Expo w 2012 roku (100 mln euro). Zresztą słowo "obiecał" jest tutaj nawet nie na miejscu. Szef polskiego rządu wypowiedział się bardziej precyzyjnie. -Jesteśmy skazani na sukces - oznajmił mieszkańcom stolicy Dolnego Śląska. I szybko pojechał dalej, bo wieczorem miała grać z Niemcami nasza narodowa jedenastka...