Kiedy przeciętny Kowalski podejmie decyzję o zainwestowaniu pieniędzy w fundusze, idzie do punktu obsługi klienta domu maklerskiego lub okienka w banku i tam składa zlecenie. Ewentualne kolejne dopłaty realizowane są w podobny sposób lub przez bezpośredni przelew środków na rachunek bankowy funduszu.
Czy może być inaczej?
W przyszłości - w miarę wzrostu popularności internetu - sytuacja może się zmienić. Zrewolucjonizował on wiele dziedzin życia, w tym zarządzanie finansami osobistymi.
W Polsce z internetu korzysta już ponad 9,2 mln osób. Jeszcze rok temu było ich 7,8 mln. Większa konkurencja wśród dostawców powoduje stały spadek cen dostępu do sieci i w konsekwencji dynamiczny wzrost liczby abonentów. Przekonały się o tym już banki, które prowadzą ponad 5,1 mln rachunków internetowych, oraz biura maklerskie, w których liczba e-rachunków wzrosła z około 29 tysięcy w 2003 roku do ponad 140 tysięcy w roku 2006. W przypadku funduszy inwestycyjnych kanał internetowy odgrywa relatywnie niewielką rolę. Największe towarzystwa obecne na rynku - Pioneer, ING, BZ WBK AIB - albo w ogóle nie zdobywają aktywów za pośrednictwem tego kanału, albo jest on dla nich - tymczasem - marginalny. Większość TFI swoją "internetowość" ogranicza do tworzenia prostych systemów transakcyjnych o ograniczonej funkcjonalności. Umożliwiają one wprawdzie składanie dyspozycji (konwersja, odkupienie, zmiana danych), ale nie eliminują najważniejszych barier: konieczności podpisania umowy w siedzibie dystrybutora (dopiero po tym fakcie można otrzymać PIN do serwisu internetowego) oraz konieczności samodzielnego dokonywania przelewów na pokrycie dyspozycji kupna jednostek (brak integracji z rachunkiem bankowym).
Innowatorzy atakują