Za trwałą poprawą koniunktury przemawia to, że tworzeniu czerwcowego dołka towarzyszyło wiele elementów, które występowały podczas końcowych faz kolejnych korekt od początku 2004 r. Chodzi o podwyższoną zmienność, oddalenie od 12-miesięcznej średniej kroczącej o nie więcej niż 2,5 proc., spadek miesięcznej i kwartalnej zmiany indeksu w okolice minus 5,5 proc. To pokazuje, że majowo-czerwcowa wyprzedaż nie różniła się wiele od poprzedniczek. Daje to nadzieję na ustanowienie nowych szczytów.
Równocześnie jednak amerykańska giełda pozostaje pod wpływem wszelkich doniesień dotyczących przyszłej polityki monetarnej. W tym kontekście istotne są dwie kwestie: na ile trafnie inwestorzy odczytali komunikat Fed po ostatnim posiedzeniu i wyciągnęli wnioski co do przyszłych ruchów stóp, a także czy w dalszym ciągu zachowanie rynków będzie przebiegać zgodnie ze schematem: podwyżka stóp jest zła dla giełdy, obniżka albo przerwa - dobra. W ostatnich tygodniach pojawiło się wiele głosów wskazujących na trudności z jasną komunikacją z rynkami nowego szefa Fed. Niewykluczone więc, że i tym razem będziemy świadkami "prostowania" wymowy komunikatu. Równocześnie wśród inwestorów ugruntowało się przekonanie, że stopy będą rosnąć do momentu, aż gospodarka zacznie wykazywać oznaki spowolnienia i tym samym ograniczenia presji inflacyjnej. Jeśli nadal się ono utrzyma, to trudno pogodzić radość inwestorów giełdowych z perspektywą zakończenia albo przerwania procesu podnoszenia kosztów pieniądza.
Oficjalne
i rynkowe stopy
Do tego jedną kwestią są oficjalne stopy procentowe, a inną ich rynkowy poziom, związany z dochodowością papierów skarbowych, a wyznaczający koszty obsługi zadłużenia. Tak jak w 2004 r. i 2005 r. poprzez znikomą reakcję rynku długu na podwyżki stóp polityka pieniężna w USA zaostrzała się wolniej, niż rosły oficjalne stopy, tak teraz istnieje zagrożenie, że nawet przy ich utrzymaniu na obecnym poziomie realne obciążenia dla Amerykanów związane z obsługą zadłużenia i tak zwiększą się. Ze względu na to, że stopy rosną na całym świecie (czego nie było w dwóch poprzednich latach), trzeba liczyć się z dalszym ruchem w górę rentowności obligacji w Stanach Zjednoczonych. W czwartek obniżyła się jedynie o 0,04 pkt proc., do 5,2 proc. Pozostała zatem ponad majowym szczytem. Jego przebicie ponad tydzień temu sugeruje kontynuację wzrostu i dopiero wyraźny spadek poniżej niego dawałby nadzieję na zniżkę.
Wątpliwości przy interpretacji zdarzeń dotyczących polityki monetarnej nakładają się na oczekiwania na wystąpienie w tym roku letniej hossy. Nadziejom z tym związanym towarzyszą jednocześnie obawy o pojawienie się 15-20-proc. spadku po jej zakończeniu. O takim scenariuszu mówią specjaliści Merrill Lynch. Od początku 1990 r. tylko w siedmiu latach S&P500 zyskał od początku lipca do końca sierpnia więcej niż 1 proc., w dwóch zwyżka była mniejsza niż 1 proc., a w siedmiu indeks stracił na wartości. Jeśli wziąć pod uwagę, że przez większość tego okresu na amerykańskiej giełdzie trwała hossa, to statystyki nie są aż tak bardzo zachęcające. Pojawia się przy tym pytanie, czy górę weźmie chęć szybkiego zysku, czy też obawa przed możliwym spadkiem. Trudno też ocenić, w jakim stopniu oczekiwania na dobrą koniunkturę latem znalazły już odbicie w cenach akcji.