Do ciągłych gier wojennych prowadzonych przez związki zawodowe z rządami zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Wspólnym mianownikiem wszystkich protestów - prowadzonych zresztą pod różnymi szczytnymi acz "dętymi" hasłami (typu: "nie walczymy o dobro swoje, ale pacjentów") - są rzecz jasna pieniądze i miejsca pracy. Oba te powody są zresztą jak najbardziej zrozumiałe - ludzie chcą mieć pracę i domagają się, aby była to godziwie opłacana praca (o jedno i drugie jest dość trudno, inna sprawa, że czasem niekoniecznie należałyby się one tym najagresywniej protestującym?). Czasem jednak naprawdę warto spojrzeć na protesty owe nie tylko jako na bunt lub krzyk rozpaczy konkretnej grupy osób. Bo mogą być sygnałem znacznie większych problemów. Moim zdaniem, tak jest właśnie w przypadku polskiej branży zbrojeniowej. Jej pracownicy protestują przeciw liberalizacji rynku zbrojeniowego (a właściwie - liberalizacji przetargów) w Europie. Obawiają się, że polskie firmy nie mają szans w konkurencji z wielkimi zachodnimi koncernami. A ja obawiam się, że mają dużo racji. Zaniedbywanie i niewykorzystywanie potencjału, jaki - mimo strat - wciąż tkwi w polskim przemyśle zbrojeniowym, można określić tylko mianem głupoty. Poza zapewnianiem technicznej możliwości wyposażenia własnego wojska, w zbrojeniówce warto widzieć także potencjał eksportowy. I to w wielu przypadkach związany z wysokimi technologiami, na których rozwoju powinno nam zależeć.
W czasach, gdy sterowani z Moskwy wojskowi PRL przygotowywali np. absurdalne scenariusze ataku na Europę Zachodnią, pracy w zakładach zbrojeniowych było pod dostatkiem. Licencyjną i własną broń produkowano nie tylko dla ludowego wojska. Olbrzymich ilości sprzętu i amunicji kolejnych generacji potrzebowały wszak wszystkie "bratnie armie obozu" - z gigantycznymi siłami zbrojnymi miłującego pokój ZSRR na czele. Na szczęście dla nas, rozpad ZSRR i Układu Warszawskiego przyniosły odprężenie w kontaktach Wschód-Zachód. Bardziej potrzebne niż nowe lufy do czołgów czy haubice były teraz "towary nastawione pokojowo". Ale w latach 90. miejsce globalnej zimnej wojny zajęły liczne i krwawe konflikty regionalne. Bałkany, Irak, Afryka, terroryzm? A broń jest także coraz bardziej potrzebna niektórym reżimom, np. azjatyckim. Tak więc i bez globalnej wojny, wojenny biznes kręci się aż miło.
Wolny rynek? Raczej wolne żarty! Branża zbrojeniowa na całym świecie - mimo powszechnych pozorów jej korporacyjnego charakteru - jest poligonem olbrzymich pieniędzy i wielkiej polityki. Choć kluczowe koncerny zbrojeniowe to często jak najbardziej komercyjne projekty - spółki notowane na giełdach, rynek zbrojeniowy jest specyficzny. Amerykańskie, brytyjskie, francuskie, izraelskie czy rosyjskie firmy nie zwojowałyby wiele bez układów i wsparcia polityków. Co nie dziwi, skoro głównym zleceniodawcą są przecież rządy. Na tym tle polskie wysiłki, choć czasem naprawdę ambitne, wyglądają zwyczajnie biednie.
W efekcie trwającego od lat nieporadnego podejścia polityków wszelkiej maści do tematu zbrojeniówki, zamiast perspektywy faktycznego rozwoju branży mamy do czynienia z propagandą sukcesu. Media masowe - głównie telewizja - nie wiadomo ile razy świętowały te same kontrakty (vide: czołgi do Malezji, wozy patrolowe do Iraku). Inwestycje offsetowe związane z kupnem amerykańskich F-16 czy fińskich patrii zostały w mediach masowych przedstawione niczym wydarzenie epokowe (choć jest to praktyka rynku także w innych krajach, więc nikt nikomu łaski nie robi!). Tymczasem w cieniu pozostają nieciekawe dotychczas losy ciekawych polskich pomysłów, jak choćby zestawów przeciwlotniczych Loara, haubicy Krab, korwet typu Gawron? To wszystko sprzęt, który nie dość, że potrzebny naszemu wojsku, mógłby nakręcać eksport. Stare, odtrąbione wielokrotnie (i wyolbrzymione?) kontrakty muszą mieć ciąg dalszy, by branża mogła żyć, a ludzie oraz firmy pracować i zarabiać. Ale do tego potrzeba czegoś więcej niż tylko kurtuazyjnej wizyty kolejnego ministra, płomiennych mów, wyrazów poparcia i papierowych strategii? Jeśli ktoś lubi marzyć, może wyobrazić sobie, że mała ambitna firma gdzieś z Polski stanie śmiało do przetargu wartości, powiedzmy, pół miliarda dolarów na początek i swą pomysłową technicznie ofertą wygra ze światowymi koncernami. Tyle że na takich marzeniach trudno zarobić.
Kiedy więc wkurzeni pracownicy zbrojeniówki będą strajkować czy protestować na ulicach, pomyślmy nie tylko o ich roszczeniach. Pomyślmy o problemie branży, która - poza potencjałem eksportowym - jest jedną z głównych podstaw fizycznego bezpieczeństwa kraju. Bezpieczeństwa, którego nikt nam nie podaruje. I którego realność w ostatecznym rozrachunku gwarantują nie same międzynarodowe deklaracje, pozorne sympatie czy wielkie słowa, ale te wszystkie rakiety, czołgi, radary, wozy pancerne i samoloty, które za papierowymi deklaracjami się muszą kryć. Si vis pacem, para bellum. Chcesz pokoju, więc gotuj się na wojnę. Zwłaszcza, kiedy możesz na tym zarobić.