Wiemy, czego życzy sobie nowy premier, a więc i nowy rząd. Cel został określony jasno: sukces. W gospodarce łatwo o definicję. Mamy ponad 16-procentowe bezrobocie. PKB rośnie w tempie około 5 proc. Inflacja wynosi niespełna 1 proc. Za euro płacimy nieco ponad 4 zł, a za dolara sporo ponad 3 zł. Produkcja przemysłowa jest większa o kilkanaście procent niż przed rokiem.
Sukcesem, z wyjątkiem niskiej inflacji czy silnej waluty, nie będzie utrzymanie stanu rzeczy. O sukcesie pomówimy pod warunkiem, że PKB będzie rósł jeszcze szybciej i zaczniemy rzeczywiście skracać dystans do krajów rozwiniętych; bezrobocie istotnie - z naciskiem na słowo istotnie - spadnie; inwestycje - i te zagraniczne, i te podejmowane siłami naszych przedsiębiorstw - znacząco się zwiększą.
Cel jest bardziej ambitny niż na pozór się zdaje. Sukces ma odczuć każda polska rodzina, nie tylko biegła w analizie danych statystycznych czy czytająca na co dzień "Parkiet", a więc śledząca życie gospodarcze na bieżąco.
Musi być więc łatwiej, nawet na prowincji, o dobrą pracę. Zarobki powinny wzrosnąć (nie tylko menedżerom). Jeśli przy tym mieszkań będzie więcej, a nie tylko będą droższe; przybędzie dróg, mostów i autostrad (długość nowych oddawanych z pompą odcinków liczona będzie nie w kilometrach, ale w setkach, a najlepiej tysiącach kilometrów), poprawi się opieka zdrowotna (tu tzw. baza jest wyjątkowo nisko), łatwiej będzie o przedszkole i dobrą szkołę, emeryci będą lepiej uposażeni, wczasy relatywnie stanieją, a otoczenie, np. dworce i publiczne place, choć trochę wypięknieje, to będzie to już widoczna zmiana.
Między wspomnianą wcześniej "statystyką" a odczuwalną poprawą jest niezaprzeczalny związek. Nowy premier - choć gospodarka to nie jest to, co lubi najbardziej - ma chyba tego świadomość, skoro mówi, że podstawą sukcesu i "nowego początku" (który to już nowy początek?) są wzrost dochodu narodowego, eksportu, produkcji przemysłowej czy mocna złotówka.