Alarm na londyńskim lotnisku Heathrow zaszkodził inwestorom giełdowym. Wskaźniki głównych giełd europejskich niemal przez cały dzień miały straty powyżej jednego procenta. Gracze sprzedawali akcje nie tylko linii lotniczych i firm z branży turystycznej, ale także innych spółek. W ponad godzinę po otwarciu sesji w USA tamtejsze indeksy prezentowały się znacznie lepiej niż europejskie. Podczas gdy londyński FTSE100 tracił nieco ponad 1 proc., a frankfurcki DAX ponad 1,5 proc. średnia przemysłowa Dow Jonesa miała malutki plusik, a Standard&Poor?s 500 i Nasdaq były minimalnie pod kreską. Takie wydarzenia, jak wczorajsze, to dla inwestorów tylko pretekst. Są oni niespokojni od dłuższego czasu, bo obawiają się konsekwencji wolniejszego wzrostu gospodarczego, a ich nastrojów wcale nie poprawił Komitet Otwartego Rynku, który nie podniósł stóp procentowych podczas wtorkowego posiedzenia. Wczorajsze wydarzenia na lotnisku Heathrow były dla nich dodatkowym ciosem. Po aresztowaniu 21 osób w Londynie, pod zarzutem przygotowywania zamachów na samoloty lecące do USA, także w Stanach podwyższono stopień zagrożenia. Optymiści uzyskali wsparcie ze strony firmy Target prowadzącej drugą co do wielkości w USA sieć tanich sklepów, która w II kwartale miała lepsze wyniki od prognozowanych. W Europie traciły indeksy wszystkich giełd w krajach rozwiniętych z wyjątkiem Islandii i Luksemburga. Poza pikującą branżą lotniczą in minus wyróżnił się też Deutsche Telekom, największa spółka telekomunikacyjna na kontynencie. Kurs DT zjechał ponad 8 proc., kiedy firma poinformowała o spadku zysku kwartalnego i utracie tradycyjnych klientów. W Tokio ceniono spółki związane z popytem wewnętrznym, które wyniosły indeks Topix na najwyższy poziom od czterech tygodni. Coraz wyżej oceniane są szanse wzrostu gospodarki w drugim półroczu i Japończycy mają nadzieję, że doświadczą najdłuższego okresu prosperity po drugiej wojnie światowej. Na rynkach azjatyckich największe wzięcie miały firmy technologiczne.