Gra się toczy. I nikt nie może mieć dzisiaj pewności, dokąd ta sytuacja nas zaprowadzi. Takim stwierdzeniem odpowiedziała dr Barbara Fedyszak-Radziejowska na pytanie dziennikarza "Rzeczpospolitej" o to, co nas czeka w najbliższym czasie na scenie politycznej po ostatnich zmianach, jakie na niej zaszły. Z jednej strony można to uznać za wykręt, ale taka odpowiedź w obecnej chwili wydaje się najbardziej odpowiednia. Budowanie scenariuszy jest oczywiście ciekawe. Niemniej stawianie prognoz w takiej chwili staje się przynajmniej niebezpieczne, by nie powiedzieć pozbawione większego sensu. Wprawdzie możemy się pocieszać, że sytuacja na scenie politycznej nie ma dla rynków finansowych większego znaczenia, to jednak nie jest to prawdą tak do końca. Owszem, na razie rynki reagują ze spokojem. Złoty nie spadł zbyt wyraźnie, a zniżka cen akcji nie była na tyle mocna, by wprowadzić jakiś większy zamęt w obraz rynku, jaki znamy od wielu tygodni.
Zmiany składu koalicji są czynnikiem zwiększającym ryzyko, ale z punktu widzenia inwestujących na rynkach finansowych wzrost ten nie jest wielki. Faktycznie bowiem w tej chwili ważniejszy jest budżet. Do tego można się przyczepić: że nie jest ambitny, że nie wykorzystuje okresu koniunktury do przeprowadzenia reformy w finansach publicznych, że wydatki nadal są rozpasane i nadal ich struktura jest zagrożeniem w czasie dekoniunktury. To wszystko prawda, ale teraz rynki zdają się cieszyć choćby z najmniejszych oznak racjonalności. Taką oznaką jest wartość deficytu, która nie może przekroczyć 30 mld złotych. Sławna kotwica staje się faktycznie kołem ratunkowym trzymającym jeszcze nas na powierzchni. Całe szczęście, że z tego faktu zdaje sobie sprawę premier.
Powrót do rządu Zyty Gilowiskiej trudno przyjąć z wielką radością. Dobrze, że finansami zajmie się osoba z charyzmą. Problem w tym, że ta charyzma jest raczej wykorzystywana do utrzymywania status quo niż do forsowania nowych rozwiązań, mających na celu czynienie nowych oszczędności.
Ewentualne przekroczenie założonej wielkości deficytu mogłoby mieć zgubne dla wszystkich skutki. Można podejrzewać, że luzując politykę fiskalną, nawiązalibyśmy do sytuacji, jaka ma teraz miejsce na Węgrzech. Oczywiście wielkości obu deficytów nie są porównywalne, ale stawiałoby nas to w trudnej sytuacji w oczach inwestorów zagranicznych. Ich ewentualny odpływ mógłby mieć fatalne dla nas skutki. Słabnący złoty oraz luźna polityka fiskalna z pewnością szybko byłyby podstawą do reakcji banku centralnego, co przełożyłoby się na poziom stóp procentowych.
Nie wywołujmy wilka z lasu. W tej chwili budżet jest jaki jest i na więcej liczyć nie można. RPP zaakceptuje utrzymanie "kotwicy", czyli czynnik ryzyka fiskalnego na razie nie będzie dominującym przy podejmowaniu decyzji o ewentualnych ruchach w polityce monetarnej.