Reklama

Europa Środkowa - coraz więcej różnic

Wydarzenia w naszym regionie przyciągają uwagę zagranicznych inwestorów. Kuszą ich dobre wyniki ekonomiczne środkowoeuropejskich gospodarek, ale zniechęca rosnące zamieszanie na scenie politycznej

Publikacja: 07.10.2006 08:42

Ekonomiści, wśród których premier Węgier, mimo kompromitacji, niezmiennie cieszy się dużą popularnością, mogą odetchnąć, bo w piątkowym głosowaniu Ferenc Gyurcsany otrzymał od parlamentu wotum zaufania. - To polityk, który będzie w stanie przeprowadzić niezbędne reformy - mówi "Parkietowi" Clemens Grafe, ekonomista UBS z Londynu.

Indeks budapeszteńskiej giełdy wzrósł w piątek o 0,3 proc., do 22056 pkt, a krajowy pieniądz umocnił się w stosunku do euro. Za jednostkę wspólnej waluty płacono 271,5 forintów, o 1,1 proc. więcej niż w czwartek.

Liczy się przewidywalność

Kraje Europy Środkowej coraz bardziej różnią się od siebie. Ich gospodarki rozwijają się we własnym tempie, a mniej lub bardziej przyjazne inwestorom rządy myślą bardziej o utrzymaniu się przy władzy niż o ekonomii. A jeszcze do niedawna kierunek rozwoju sytuacji politycznej w regionie był przewidywalny. - Inwestorzy już reagują na zmiany - mówi "Parkietowi" Murray Davey, menedżer funduszu w Rexiter Capital Management. Jeżeli okażą się niekorzystne, to rynek oczywiście na tym ucierpi.

Czy międzynarodowi gracze postrzegają nasz region jako homogeniczną całość? Czy, ich zdaniem, rozbieżności między państwami są na tyle duże, żeby takie uogólnienie nie wchodziło w grę? Co jest dla nich ważniejsze - gospodarka czy polityka?

Reklama
Reklama

Każdy w swoją stronę...

Jeszcze latem, w dużym uproszczeniu, sytuacja w Europie Środkowej przedstawiała się następująco. Polska, Słowacja i Czechy miały dynamicznie rozwijające się gospodarki, podczas gdy Węgry odstawały od szeregu. Atutem tego kraju był jednak rząd. Jeszcze przed kwietniowymi wyborami ekonomiści twierdzili, że nie ma znaczenia, która opcja polityczna zdobędzie w budapeszteńskim parlamencie najwięcej miejsc. - Kampania wyborcza na Węgrzech obfitowała w obietnice. Źadne z ugrupowań nie będzie prawdopodobnie w stanie ich spełnić. Tak naprawdę nie ma więc większego znaczenia, kto będzie rządził przez najbliższe cztery lata - mówił "Parkietowi" po pierwszej turze wyborów parlamentarnych Radosław Bodys, ekonomista Merrill Lyncha z Londynu. Ferenc Gyurcsany, który poprowadził socjalistów do zwycięstwa, z czasem zyskał w oczach inwestorów, ponieważ przedstawił program wprowadzenia kraju do strefy euro oraz zapewniał, że będzie dążyć do wprowadzenia reform gospodarczych.

Czeski parlament, który został wybrany w czerwcu, nie mógł należeć do stabilnych, ponieważ socjaliści z CSSD razem z komunistami z KSCM zdobyli dokładnie tyle samo głosów, ile zwycięska centroprawica Mirka Topolanka (ODS) wspólnie z dwoma sprzymierzonymi partiami, co dało obu opcjom po 100 miejsc w izbie niższej. Od razu było widać, że powołanie większościowego gabinetu nie będzie łatwym zadaniem.

Na Słowacji u sterów władzy stanął w czerwcu Robert Fico. W programie wyborczym obiecywał powrót do opodatkowania dywidend, zniesienie podatku liniowego i wzrost wydatków na cele socjalne. Ponieważ chciał odwrócić reformy wprowadzone przez gabinet Mikulasza Dzurindy, od razu został uznany za populistę.

W Polsce scena polityczna ewoluowała również w kierunku populizmu i stawała się najbardziej podobna do słowackiej.

... a może jednak nie?

Reklama
Reklama

Perspektywy gospodarcze każdego z czterech krajów w ciągu ostatnich miesięcy nie uległy większym zmianom. Ekonomiści patrzą często na Europę Środkową przez pryzmat wielu lat. To co nas charakteryzuje, to 16 lat kapitalizmu i wejście do UE w 2004 r. - Wyniki makroekonomiczne państw są różne, ale wszystkie chcą przyjąć euro i to każe postrzegać rynek Centralnej Europy jako jedność - mówi nam Juliet Sampson z londyńskiego HSBC.

Polityka potrafi się zmieniać szybciej niż sytuacja gospodarcza. I w ostatnim miesiącu ewoluowała w naszym regionie w tym samym, niestety, złym kierunku. Okazuje się, że w Europie Środkowej polityka nie wspiera gospodarki, więc inwestorzy patrzący globalnie mogą oceniać nas jako region, gdzie rządzący mogą popsuć im szyki.Na Węgrzech

Ferenc Gyurcsany stracił w oczach inwestorów, bo w kampanii wyborczej kłamał, obiecując, że gospodarkę szybko naprawi, i że ta nie jest w tak złym stanie, jak się później okazało. Zmobilizowało to Węgrów do wyjścia na ulice, a kapitał do odpływu z kraju. Mimo kompromitacji rządu analitycy wolą, by Węgrami kierował właśnie Gyurcsany, a nie jego polityczny przeciwnik Viktor Orban.

Lider Fideszu chciał zbić polityczny kapitał na potknięciu obecnego premiera, podsycając zamieszki skierowane przeciwko jego gabinetowi. Częściowo mu się udało, bo w wyborach lokalnych, które odbyły się przed tygodniem, wygrał zdecydowanie. Wyniki ankiety, które zostały opublikowane w czwartek przez krajowy dziennik "Nepszabadsag", pokazują jednak, że większość Węgrów ma już dość manifestacji. Orban, destabilizując i tak trudną sytuację w kraju, na pewno nie zyskał również przychylności inwestorów.

Mimo zamieszania w polityce, które ostatnio było chyba najbardziej charakterystyczne dla Węgier, inne gospodarki regionu nie ucierpiały wydatnie na demonstracjach. Słabe wyniki ekonomiczne tego kraju również nie zniechęcają inwestorów do wycofywania kapitału z całej Europy Środkowej. - To zbyt małe państwo, by mogło promieniować na cały region - mówi Sampson.

W Czechach

Reklama
Reklama

U południowych sąsiadów mieliśmy przez trzy miesiące już dwa gabinety, a trzeci jest w drodze. Rząd Mirka Topolanka nie dostał w ostatni poniedziałek wotum zaufania i prawdopodobnie ustąpi 11 października. Spore szanse na rządzenie ma jego polityczny przeciwnik Jiri Paroubek, ponieważ może liczyć na głos Libora Ambrożka z przeciwnej opcji politycznej. Głos na wagę złota.

Rynek jest jednak spokojny i nie zważa na politykę, bo gospodarka ma się dobrze, a stopy procentowe na poziomie 2,5 proc. należą do najniższych w Europie i nie kuszą kapitału spekulacyjnego.

Na Słowacji

Tutaj rządy sprawuje populistyczny premier, który przed wyborami dużo obiecał tym, którym liberalne reformy poprzedniego gabinetu nie podobały się. Ekonomiści obawiali się, że partia będąca u władzy - Smer - może odłożyć na dalszy plan program przyjęcia euro. Fico po zwycięstwie w wyborach powiedział, że "na razie" nie rezygnuje z celu, jakim jest zastąpienie korony wspólną europejską walutą, jednak musi być pewny, że na zmianie skorzystają w równym stopniu wszyscy obywatele.

Teraz wydaje się jednak, że Słowacja napędziła tylko stracha inwestorom, bo w polityce, w porównaniu z innymi krajami naszego regionu, jest tam najspokojniej od trzech miesięcy. Połowa z 20 analityków ankietowanych w ostatnim tygodniu przez Bloomberga twierdzi, że Fico uda się zbić inflację i zredukować deficyt budżetowy do poziomu, który pozwoli na przyjęcie euro w 2009 r. Jeżeli plan się powiedzie, to Słowacja będzie pierwszym krajem w naszej części Europy, gdzie będzie można płacić wspólną walutą.

Reklama
Reklama

A u nas?

Chociaż sytuacja polityczna pozostawia wiele do życzenia, to Murray Davey twierdzi, że "w długim okresie Polska bździe najbardziej atrakcyjnym krajem regionu. Na taką ocenź wpływa wielkość krajowego rynku i przez to również stosunkowo duży potencjał rozwoju".

Zdaniem analityków, możemy nawet zyskać kosztem innych państw regionu - raczej nie dzięki zawirowaniom politycznym, ale gospodarce. - Ze względu na słabe wyniki makroekonomiczne Węgier, inwestorzy mogą przenieść część kapitału z tego kraju do Polski - przewiduje Juliet Sampson.

Szok i nagła ucieczka?

Ekonomiści są zdania, że inwestorzy wycofają się ze wszystkich krajów naszego regionu, jeżeli w jednym z państw Europy Środkowej zajdzie trudne do przewidzenia wydarzenie. Dotyczy to nie tyle nadspodziewanie kiepskich wyników gospodarczych, ile wydarzeń na scenie politycznej. - Reakcja na nagły szok jest szybka i gracze w pierwszej chwili często pozbywają się aktywów w całym regionie, a nie tylko w kraju, w którym coś się wydarzyło - mówi Davey. - Inwestorzy globalni patrzą na Europę Środkową jako na homogeniczny region, bo są to dość małe państwa - tłumaczy nam Oliver Weeks z londyńskiego oddziału Morgana Stanleya. - Istnieje współzależność między kursami krajowych walut. W przypadku giełd jest niższa - dodaje Clemens Grafe, ekonomista UBS z Londynu.

Reklama
Reklama

Konkretna kasa,

konkretna inwestycja

Wielu ekonomistów z departamentów emerging markets największych banków inwestycyjnych świata nie jest w stanie skomentować wydarzeń. Często nawet ci, którzy specjalizują się w Europie Środkowej, nie kwapią się do wyrażenia zdania na nawet najbardziej nośny danego dnia temat. To, że nie interesują ich specjalnie wydarzenia w całym regionie, ani nawet w konkretnym państwie, nie oznacza, że są dyletantami. Analitycy patrzą przeważnie na określone spółki lub instrumenty. - Pieniądze wkłada się w końcu w konkretne przedsiębiorstwo, a nie inwestuje w "Europie Środkowej" - wyjaśnia Davey. Czy inwestorów nie obchodzi więc polityka? W końcu kondycja tylko nielicznych spółek zależy w naprawdę dużym stopniu od przepychanek na szczytach władzy. Jeżeli to twierdzenie jest słuszne, to wydarzenia polityczne w jednym z krajów naszego regionu nie powinny wpływać na gospodarki innych państw Europy Środkowej. Ale czy tak będzie?

Za tydzień opiszemy sytuację gospodarczą i polityczną w Czechach.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama