Reklama

Czy minister Gilowska jest rozrzutna?

Koszty obsługi zadłużenia przekraczają już 10 procent całości wydatków budżetowych

Publikacja: 13.10.2006 08:58

Profesor Gilowska, omawiając budżet na 2007 rok stwierdziła, że nie jest on rozrzutny. To prawda, jeśli wyłączyć kilka wymuszonych przez polityków szaleństw (w tym na przykład podwójne becikowe) można uznać, że pani minister udało się wybronić finanse publiczne przed orgią wydatków.

Biorąc pod uwagę fakt, że gospodarka się nieźle rozwija, a wpływy podatkowe rosną - mamy chyba prawo wyraźnie zwiększyć wydatki bez oskarżeń o rozrzutność? Nikt nie jest do końca zadowolony z tego wzrostu (i tak powinno być, bo jeśli minister finansów jest przez wszystkich lubiany - to najwyraźniej czas go zmienić, bo źle wykonuje swoją pracę). Ale z drugiej strony, udało się wybronić przed zerwaniem "kotwicy deficytu", a kształt budżetu nie spowoduje zapewne żadnego rynkowego trzęsienia ziemi.

Czy oznacza to, że budżet rzeczywiście nie jest rozrzutny? Otóż cała rzecz zależy od sposobu oceny. Nie ma budżetów "rozrzutnych" bądź "ascetycznych" w sposób absolutny. Cechy te zależą od sytuacji, w której jest on układany.

Najlepiej będzie to chyba wytłumaczyć na przykładzie. Wyobraźmy sobie szczęśliwą rodzinę, utrzymującą jaki taki poziom życia dzięki znośnym zarobkom, które przynosi do domu jej głowa (powiedzmy, że ojciec). Co miesiąc rodzina musi sporządzać swój budżet, decydując się, na jakie wydatki ją stać. Wyobraźmy sobie teraz, że pewnego dnia tatuś przyszedł do domu z dobrymi nowinami: firma, w której pracuje, rozwija się, więc wzrosła nieco jego pensja. Pomysłów na wydanie dodatkowych pieniędzy na pewno nie zabraknie. Plazmowy telewizor na raty? Zmywarka do naczyń? A może po prostu nieco więcej luzu w codziennych wydatkach - ot, choćby rodzinne pójście na niedzielny obiad do dobrej restauracji? Załóżmy, że rodzina wybrała telewizor. Czy to dowód rozrzutności, czy też normalne życie, na które rodzina zasługuje? W końcu pieniędzy naprawdę jest w kasie domowej więcej.

Owszem, taka decyzja nie musi wcale oznaczać rozrzutności. Tyle że nie wiemy jeszcze wszystkiego o sytuacji finansowej rodziny. Jeśli nie ma zaciągniźtych kredytów bankowych, jeśli nie przymierza się do zakupu mieszkania, jeśli nie musi odkładać pieniędzy na studia dziecka - wzrost wydatków nie jest żadną rozrzutnością. Ale jeśli comiesięczny budżet się nie domyka i wymaga stałego finansowania coraz większym bankowym debetem, odsetki od zaciągniętych w przeszłości długów spędzają nocą sen z powiek, a w przyszłości trzeba być gotowym na dalsze wydatki - dokładnie ta sama decyzja o zakupie nowego telewizora może być dowodem całkowitej finansowej nieodpowiedzialności.

Reklama
Reklama

W jakiej sytuacji jest państwo polskie? Dług publiczny przekroczy w tym roku 50 procent PKB. Produkcja wzrasta, ale dług wzrasta jeszcze szybciej - i to mimo że odnotowujemy w gospodarce wyjątkowo dobre czasy, które zapewne nie będą trwać wiecznie. Koszty obsługi zadłużenia przekraczają 10 procent całości wydatków budżetowych, a jeśli wzrosną stopy procentowe - koszty te gwałtownie się zwiększą, zmuszając do podwyżki podatków lub wpychając w pułapkę jeszcze większych deficytów. Struktura wydatków publicznych jest chora, a jakiekolwiek próby ich ograniczenia (choćby po to, by móc ograniczyć podatki) - kończą się niepowodzeniem ze względu na opór świata polityki.

I teraz niech sobie każdy sam rozważy, czy budżet na 2007 rok rzeczywiście nie jest rozrzutny.

doradca ekonomiczny

PricewaterhouseCoopers

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama