Im dalej od wyborów parlamentarnych, tym bardziej politycy Prawa i Sprawiedliwości zapominają o złożonej Polakom obietnicy zbudowania (do końca kadencji) 3 milionów nowych mieszkań. Ich kiełbasa wyborcza stała się tak wstydliwym tematem, że premier Jarosław Kaczyński omal nie zająknął się podczas podsumowania pierwszych stu dni swoich rządów. A szkoda. Bo gdyby szczerze - jak zwykły człowiek, a nie polityk - miał powiedzieć, co zrobiono w kierunku spełniania tej obietnicy, musiałby bezradnie rozłożyć ręce i przyznać: niemal nic.

Mamy nową ustawę o finansowym wsparciu rodzin w nabywaniu własnego mieszkania, ale ona na pewno nie spowoduje, że nowe osiedla zaczną rosnąć jak grzyby po deszczu. Co prawda powstał w resorcie budownictwa projekt nowej ustawy o zagospodarowaniu przestrzennym, jednak spotkał się z tak druzgoczącą krytyką przedstawicieli branży budowlanej, że ministerstwo (dobrze, że choć tyle) od nowa zaczęło nad nim pracę.

Dlatego też swoistym powiewem świeżego powietrza jest pomysł, by sięgnąć po kary, i zmobilizować samorządy do uchwalania miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego. To, że ta idea spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem branży budowlanej, pokazuje, jak potrzebne jest jakiekolwiek działanie, które ułatwi zdobywanie gruntów pod nowe inwestycje (wiadomo: będą plany, będzie wiadomo, co i gdzie można budować). Przy okazji reakcja ta wystawia negatywną ocenę rządzącym. I pokazuje, że jeśli nie zostaną podjęte szybkie, nawet drastyczne kroki, to sen o 3 milionach mieszkań spełni się. Tylko że nie za trzy, ale może za 30 lat.