Przystępując do Unii Europejskiej Polska zobowiązała się, że spełni kryteria traktatu z Maastricht i obniży deficyt sektora rządowego i samorządowego poniżej 3 proc. PKB do końca przyszłego roku. Ani z projektu budżetu na 2007 r., ani z ostatnich prognoz Komisji Europejskiej nie wynika jednak, że jest to możliwe. Bruksela ocenia, że niedobór, po koniecznym wyłączeniu funduszy emerytalnych z sektora, wyniesie około 4 proc. PKB. Polskie szacunki są nieco lepsze i mówią o 3,7 proc. PKB.
Nic więc dziwnego, że opublikowana wczoraj przez komisję ocena polskich reform jest negatywna. "Pomimo znacznych postępów w ciągu ostatnich kilku lat Polska nie podjęła jeszcze wystarczających działań w celu zmniejszenia swojego deficytu budżetowego w 2007 r." - czytamy w projekcie rekomendacji na spotkanie ministrów finansów UE, które odbędzie się 28 listopada.
Bruksela otworzyła jednocześnie wobec Polski tzw. drugi etap procedury w sprawie nadmiernego deficytu. Polega on na tym, że szefowie rządów państw UE (Rada Europejska) wskażą termin zmniejszenia budżetowej "dziury", sugerując się wskazaniem komisji. Rada może także żądać szczegółowego harmonogramu działań naprawczych.
Dla naszego rządu to poważne ostrzeżenie. Taki etap oznacza, że jesteśmy już tylko o krok od sankcji. Grozi nam m.in. wstrzymanie nowych pożyczek Europejskiego Banku Inwestycyjnego czy konieczność złożenia depozytu w Brukseli. W najgorszym wypadku Polska ryzykuje przepadek części funduszy unijnych. Ekonomiści nie są tylko zgodni, czy każdą z tych kar można nałożyć na kraj, który nie znajduje się jeszcze w strefie euro.
Nie wiadomo jeszcze, jaki będzie ów nowy "deadline". Joaquín Almunia, komisarz ds. polityki gospodarczej i pieniężnej, stwierdził tylko, że nie powinien być zbyt odległy. Odpowiedź Ministerstwa Finansów poznamy w przygotowywanej aktualizacji programu konwergencji. Resort liczy, że deficyt spadnie w przyszłym roku nawet do 3,5 proc. PKB, co pozwoli nam na uwzględnienie części kosztów reformy emerytalnej.