Roczna inflacja wyniosła w październiku 1,2 proc. Okazała się niższa od oczekiwań analityków, których pytaliśmy o prognozy w ubiegłym tygodniu. Minimalna różnica nie ma jednak wielkiego znaczenia. Ważniejsze wydaje się coś zupełnie innego.

Od kilku miesięcy rynek finansowy z niecierpliwością wyczekuje wzrostu inflacji. Dlaczego? Mówią o tym niemal bez ustanku sami członkowie Rady Polityki Pieniężnej, licytując się przy okazji, kiedy powinno dojść do pierwszej podwyżki. Może wtedy, gdy inflacja osiągnie cel RPP (przypomnimy przy okazji, że październik był siedemnastym miesiącem z rzędu, gdy roczna dynamika cen była mniejsza niż poziom, który oficjalnie najbardziej odpowiadałby bankowi centralnemu)? A może już wtedy, gdy ceny będą rosły w astronomicznym tempie 2 proc.?

Miejmy nadzieję, że statystyczny Polak tych wypowiedzi członków rady nie słucha albo przynajmniej nie przywiązuje do nich specjalnej wagi. Dlaczego? Bo trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby słuchał, to z każdym dniem nabierałby przekonania, że inflacja będzie przyśpieszała. I mielibyśmy samospełniającą siź przepo-

wiedniź.

Inflacja nie rośnie, wiźc Polacy najwyraęniej słuchają kogoś innego niż "jastrzźbi" z RPP. Nawet jeśli słychać narzekania, że coś ciągle drożeje - a takie rozmowy to przecież u nas, jak rozmowa o pogodzie albo o polityce - to specjalnie w to nie wierzymy. Cieszmy się z takiej inflacji, jaką mamy, zamiast straszyć, że lada moment ceny mogą zacząć rosnąć.