Reklama

Jak wydrenować konsumenta pod hasłem "narodowego interesu"

Politycy nie interesują się makroekonomią. Nie tylko dlatego, że jej kompletnie nie rozumieją. Wcześniej czy później władzę stracą, niezależnie od tego co zrobią dla gospodarki. Dla polityków korzystniej jest więc zająć się przedsiębiorstwami. Przy czym, o ile w minionych latach rządził "układ", to obecnie decydować będzie "narodowy interes"

Publikacja: 24.11.2006 07:57

Podstawowym problemem z "narodowym interesem" jest trudność w określeniu, na czym miałby on polegać. Czy w interesie narodowym Polski jest kontrola polityków nad około trzema tysiącami firm o wartości około 17 proc. produktu krajowego brutto? Porównywalny do polskiego poziom kontroli polityków nad gospodarką istnieje w Rosji, podczas gdy w krajach UE (w tym we Francji) wartość państwowych firm nie przekracza kilku procent PKB. Czy w interesie narodowym jest mianowanie zarządów i rad nadzorczych z klucza partyjnego, który zawsze będzie przedkładać serwilizm i dyletantyzm nad fachowość i niezależność myślenia? Czy może podejmowanie decyzji na niekorzyść konsumenta, który za pomysły partyjnych liderów zapłaci wyższe ceny towarówczy usług wytwarzanych przez upolitycznione firmy? Kuriozalnie, im biedniejsze społeczeństwo, tym łatwiej akceptuje hasła obrony narodowego interesu. Może wynika to z przekonania, że jak niewiele się ma, to nic się nie zyska na zmianach. Rzecz w tym, że wciąż można jeszcze stracić - rachunki za błędy polityków płacą zwykli ludzie, podobnie jak rachunki za prąd, gaz czy wodę.

A rachunki będą wyższe

W nadchodzącym roku rachunki gospodarstw domowych za media mają znacznie wzrosnąć - nie tylko z powodu wzrostu podatków pośrednich, ale także z powodu wzmacniania "narodowego interesu". Nie powinno to właściwie dziwić. Sektor zaopatrzenia w energię, gaz i wodę pozostaje w większości pod kontrolą państwa - udział sprywatyzowanych przedsiębiorstw w przychodach całego sektora wynosił zaledwie 20 proc. w 2005 r. Najnowsze pomysły rządu zakładają pionową konsolidację sektora elektroenergetycznego (od kopalń przez elektrownie po dystrybutorów) i stworzenie dwóch głównych regionalnych molochów - Polskiej Grupy Energetycznej (PGE) i Grupy Energetycznej Południe (GEP). Jeśli mylą się te dwie nazwy i skróty, to nie szkodzi - w praktyce i tak będziemy mieli do czynienia z jednym państwowym właścicielem. Pionowa konsolidacja sektora elektroenergetycznego ma zapewnić środki na inwestycje, których państwowe firmy pilnie potrzebują. W 2005 r. amortyzacja majątku trwałego przewyższała inwestycje w państwowych firmach sektora wytwarzania i zaopatrywania w energię elektryczną, gaz i wodę. Przedsiębiorstwa państwowe przejadały więc swój majątek i nie miały wystarczających środków na jego odtworzenie. Nawet jednak te niewystarczające środki przedsiębiorstw państwowych przeznaczane były głównie na inwestycje w budynki i lokale oraz środki transportu - inwestycje te stanowiły prawie 70 proc. wydatków inwestycyjnych ogółem przedsiębiorstw państwowych w 2005 r. Nieliczne w tym sektorze firmy prywatne postępowały dokładnie odwrotnie - inwestycje były wyższe niż amortyzacja i skierowane głównie na zakup maszyn i urządzeń - 55 proc. środków na inwestycje ogółem stanowił zakup maszyn i urządzeń, a 45 proc. budynków i środków transportu.

Efekt zahamowania prywatyzacji, restrukturyzacji i inwestycji w sektorze elektroenergetycznym już jest widoczny w poziomie cen - w 2006 r. w państwowym Zakładzie Energetycznym Warszawa-Teren prąd był droższy o około 10 proc. niż w prywatnym STOEN-ie, pomimo że zapewne ta druga firma ponosiła wyższe nakłady na modernizację i inwestycje. Swoją drogą, krótkie nogi miało twierdzenie m.in. obecnego ministra skarbu Wojciecha Jasińskiego, że zagraniczne firmy nie wypełniają zobowiązań inwestycyjnych i drenują sprywatyzowane firmy. Otóż z danych tego samego Ministerstwa Skarbu Państwa wynika, że zagraniczni właściciele sprywatyzowanych przedsiębiorstw zainwestowali ponaddwukrotnie więcej niż obiecali - zamiast 22,7 mld zł prawie 55 mld zł do końca 2005 r. Precyzyjniejsze byłoby więc twierdzenie, na które być może wpadnie jeszcze obecny lub przyszły minister skarbu, że zagraniczni właściciele sprywatyzowanych firm zarabiają na polskich konsumentach, a następnie transferują część zysków za granicę (co widać w bilansie płatniczym). I do tego zagraniczni kapitaliści sprzedają polskim konsumentom towary i usługi lepszej jakości i tańsze niż przedsiębiorstwa państwowe realizujące narodowy interes.

Potrzeba gigantycznych

Reklama
Reklama

inwestycji

Zapotrzebowanie na energię elektryczną będzie w Polsce powoli, ale systematycznie rosło, podobnie jak w krajach UE, gdzie przewiduje się jego wzrost o ponad 50 proc. do 2030 r. Sektor energetyczny w UE i w Polsce potrzebuje olbrzymich inwestycji - u nas szacowane są one na minimum 3 mld zł rocznie przez najbliższe pięć lat, co stanowi 1,5 proc. PKB! Środki finansowe na inwestycje można pozyskać albo na rynku finansowym, albo od konsumentów. Stworzenie pionowo zintegrowanych elektroenergetycznych molochó w będzie równoznaczne z państwowym oligopolem, gdzie konkurencja funkcjonować będzie tylko na papierze. W tym kontekście można wreszcie zrozumieć zamysł nowelizacji ustawy o Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów, w której prezesa urzędu powoływać (i odwoływać) będzie premier, nie czekając na koniec 6-letniej kadencji. Elektronergetyczne molochy realizować będą oczywiście "narodowy interes", do którego dołożą się konsumenci, kupując prąd po wyższej cenie niż u prywatnych dostawców. I może być jeszcze gorzej, jeśli te państwowe molochy wejdą z mniejszościowymi pakietami na warszawską giełdę, co jest planowane na lata 2007-2008 przez obecne kierownictwo MSP. Obroniona zostanie więc przy okazji teza, że obecny minister i rząd ze wszelkich sił sprzyjają prywatyzacji państwowych przedsiębiorstw i dokładają starań, aby inwestorzy krajowi i zagraniczni byli zadowoleni.

Inwestorzy finansowi będą zapewne faktycznie zachwyceni - każdy lubi mono- i oligopole, których zyski nie są zagrożone przez konkurencję. Takich quasi-prywatnych struktur pod kontrolą polityków nie uda się już podzielić, gdyż będzie to interpretowane jako działanie nie tylko na szkodę "narodowego interesu", ale i samych spółek, za co grozi ze dwa lata odsiadki. Przypominać o tym będą nie tylko politycy -realizatorzy "narodowego interesu", ale także związkowcy, którzy dożywotnio zabezpieczyli już sobie i swoim dzieciom miejsca pracy w państwowym sektorze elektroenergetycznym.

Jeśli jednak wciąż połowa Polaków uważa, że prywatyzacja sprzyja złodziejstwu i korupcji, to faktycznie tylko "zdrowe" podwyżki cen prądu przez państwowe molochy pomogą zmienić to myślenie. Nic tak nie wpływa na zmianę poglądów, jak sięganie do własnej kieszeni, choćby odbywało się to pod szczytnym hasłem narodowego interesu.

fot. Andrzej Cynka

Autor jest ekonomistą

Reklama
Reklama

i członkiem Rady Naukowej CASE.

Artykuł wyraża osobiste poglądy.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama