Pierwsza sesja nowego tygodnia już założenia nie miała przynieść przełomu. Mało znaczące piątkowe notowania w USA nie miały większych szans na wywołanie jakieś poważniejszej zmiany na początku sesji. Reszta dnia także nie powiadała się emocjonująco. Napięty w tym tygodniu kalendarz wydarzeń związany ze sferą makroekonomii ominął akurat właśnie poniedziałek. Pozostałe dni zapowiadają się pod tym względem znacznie ciekawiej.

Sesja zaczęła się zgodnie z przewidywaniami - blisko poziomu piątkowego zamknięcia. Rynek przed południem zaliczył niewielki wzrost, który można było uznać za podtrzymanie dobrych nastrojów z końcówki piątkowej sesji. Niestety, zapału kupującym starczyło ledwie na godzinę. Później już było gorzej, a kursy zaczęły spadać. Głównym ciężarem na rynku kasowym były papiery TPS, do których później dołączyły akcje KGH. Najpierw osiągnęliśmy poziom piątkowego zamknięcia, ale podaży to nie wystarczało. W efekcie tuż po południu ceny spadły pod poziom piątkowego dołka.

Te okolice ponownie zmobilizowały popyt. Przypomnijmy, że także w piątek nie udało się zejść niżej, co można było uznać za obawy niedźwiedzi przed wsparciem w postaci ostatnich luk hossy, widniejących na wykresach kontraktów i indeksu. Również wczoraj te luki (choć jedna już niemal zupełnie przymknięta) zdały egzamin i spełniły swoje zadanie jako wsparcie.

Przez prawie dwie godziny ceny szły w bok tuż nad poziomem minimum sesji. Warto zauważyć, że w chwili zaliczania tego minimum nastroje były złe. Baza przez dłuższy czas była bliska zeru, a chwilami nawet ujemna. To sugerowało, że potencjał spadku się wyczerpywał. Szykowało się poważniejsze odbicie.

Faktycznie, po 14.00 rynek ruszył powoli w górę, a tuż po 15.00 ceny kontraktów wyrównały poziom porannego szczytu. Wtedy baza już była rozciągnięta do +20 pkt. Za szybko rosły kontrakty. Tym bardziej, że TPS wcale nie poprawiała swoich notowań, a indeks powoli rósł dzięki PEO i PKO. To sprawia, że wzrost ten jest dość podejrzany. Tym bardziej, że gdy rosły ceny to spadała liczba otwartych pozycji. Luki spełniły swoje zadanie, choć przecież nie one są teraz kluczowym wsparciem. Nadal są nim dołki początku i połowy listopada. Póki one nie zostaną przełamane, można twierdzić, że popyt utrzymuje niewielką przewagę.