Wyraźny spadek dolara, którego byliśmy świadkami w ostatnich dniach, wywołał znaczne różnice w zachowaniu giełd w różnych częściach świata. Najsłabiej wypadły parkiety europejskie. Z punktu widzenia analizy technicznej sytuacja jest tutaj klarowna. Po przełamaniu 27 listopada przez DJ Stoxx 50 linii trendu biegnącej po dołkach z czerwca i lipca doszło do ruchu powrotnego. Zakończyła go czwartkowa sesja. Sprowadziła indeks z powrotem do poziomu majowego szczytu. Stanowi on kluczowe w średnim terminie wsparcie. Jeśli dojdzie do spadku poniżej niego, otrzymamy mocny sygnał sprzedaży. Realne w takiej sytuacji stanie się testowanie czerwcowego minimum. Powrót indeksu poniżej wiosennej górki będzie można potraktować jako oznakę, że inwestorzy nie docenili zagrożenia związanego z amerykańskim spowolnieniem. Takie sytuacje zazwyczaj kończą się niemiłym przebudzeniem. To tym bardziej prawdopodobne, że spadek dolara dość szybko może odbić się na wynikach europejskich firm, z których wiele uzyskuje pokaźne przychody wypracowywane przez amerykańskie oddziały. W przeliczeniu na euro stają się teraz mniejsze. Dużo mocniej od rynków ze Starego Kontynentu wypadał parkiet amerykański. S&P 500 szybko zdołał wrócić do 1400 pkt. Nawet piątkowe informacje o spadku indeksu ISM poniżej bariery 50 pkt nie wywołały zbyt nerwowych reakcji. To może dziwić, bo coraz widoczniejsze kłopoty sektora przemysłowego nakładają się na trwające osłabienie w segmencie nieruchomości. Obserwujemy również regres w zakresie wydatków konsumenckich. Czyżby więc inwestorzy liczyli, że szybka deprecjacja dolara będzie w stanie wspomóc eksport, a ten zneutralizuje negatywny wpływ na gospodarkę niższego popytu wewnętrznego? Poprzednie tygodnie stały pod znakiem uzyskiwania przez amerykańskie rynki przewagi nad innymi parkietami świata. W krótkim okresie zniżka dolara może wzmagać tę tendencję, powodując, że dla inwestorów spoza USA tamtejsze akcje stają się relatywnie tańsze.