Z trudem przychodzą nowe rekordy. Zakończyła się kolejna sesja, która przyniosła z sobą potwierdzenie przewagi byków. Mamy nowe szczyty i właściwie nic więcej nie trzeba tu dodawać. Obrót wprawdzie jest trochę mniejszy, ale przecież to nie jego poziom decyduje o ilości środków na rachunkach graczy. Dla wartości rachunków liczą się tylko ceny, a te zakończyły dzień na poziomie wyższym od zamknięcia z środy. Nawet mimo osłabienia w ostatniej godzinie notowań.
Ci, którzy liczyli na spadek kursów, ponieśli straty. Nie pierwszy raz w ostatnich dniach. Grać przeciw rynkowi, gdy ten zalicza rekordowe poziomy, jest trudno. Wygrać jeszcze trudniej. Wielu się zastanawia, czy to ma w ogóle sens. Rosnąca liczba otwartych pozycji sygnalizuje, że jest na rynku grupa inwestorów upatrujących w takim podejściu szans na zarobek. Można przypuszczać, że większość z nich jest na razie są pod kreską.
Styl zaliczania nowych rekordów faktycznie trudno nazwać imponującym. Poprzedni rekord jest poprawiany o kilka, kilkanaście punktów, a później rynek staje. Ceny powoli się osuwają. Często pod poziom poprzedniego szczytu, by po jakimś czasie ponownie piąć się i już skutecznie zaliczyć nowe rekordy.
Wczoraj dało się zauważyć nowe zachowanie na rynku terminowym. Już nie było dużego zwątpienia w możliwości popytu. Baza nie spadała do kilku punktów. Tym razem pojawiały się chwile, gdy ta przekraczała 30 pkt. To jest już wydarzenie. Mamy bowiem sygnał, że obóz byczy staje się coraz bardziej odważny. Chwile słabości na rynku kasowym są odbierane przez coraz większą grupę inwestorów jako okazja do kupna niż niebezpieczeństwo spadku cen. Optymizm nie jest niczym złym. O ile jest on racjonalny. Na razie
nie widać znacznego "przegięcia" graczy, choć oczywiście nawet baza 30 pkt tuż przed wygaśnięciem serii grudniowej może być uznana za lekką przesadę.