Tym razem w Tajlandii nie chodziło, jak podczas "azjatyckiego kryzysu" w latach 90., o obronę miejscowej waluty, lecz o jej nadmierną krzepę. Bank centralny, zaniepokojony szybkim wzrostem kursu bahta, wprowadził ograniczenia dla inwestorów zagranicznych operujących na miejscowym rynku. Z tego powodu SET, indeks giełdy w Bangkoku, tracił we wtorek nawet 19,5 proc., zaś na zakończenie notowań spadek jego wartości wyniósł 15 proc. Z rynku wyparowały 23 miliardy dolarów, a baht stracił 1,5 proc.
Bank centralny zdecydował, że inwestorzy zagraniczni kupujący bahty będą mogli wykorzystać w swoich operacjach tylko 70 proc. sprowadzonych funduszy. Resztę banki mają trzymać w rezerwie. Transfer wszystkich pieniędzy za granicę będzie możliwy dopiero po upływie roku od ich wprowadzenia na rynek tajlandzki. Gdyby inwestorzy zdecydowali się uczynić to wcześniej, wówczas stracą jedną trzecią pieniędzy z 30-proc. rezerwy.
- Wprowadzone ograniczenia sprawiają, że Tajlandia przestała być miejscem, gdzie się kupuje - na gorąco komentował Mark Mobius, którego fundusz Templeton Asset Management zarządza 30 miliardami dolarów. Wyraził nadzieję, że inne kraje z rynków wschodzących nie pójdą tym śladem. Jednak lęk przed takim scenariuszem udzielił się graczom na wielu emerging markets. Był jednym z czynników, które spowodowały, że wartość Morgan Stanley Emerging Markets Index, który uwzględnia 25 państw, spadła we wtorek o 1,4 proc. Tajlandzkie restrykcje skłoniły część inwestorów do sprzedaży akcji także w Warszawie, Pradze, Budapeszcie i Stambule. Spadki na tych giełdach przekraczały 1 proc. W Bombaju indyjski wskaźnik Sensex stracił 2,9 proc. Tak samo było w Indonezji.
Do sprzedaży akcji część inwestorów skłoniły też obawy, że ostatnie zwyżki kursów i indeksów były zbyt duże. Dlatego postanowili działać wyprzedzająco. Soichiro Monji, pełniący funkcję starszego stratega w Daiwa SB Investments, współzarządzający47 miliardami dolarów, ostrzegł, że ograniczenia wprowadzone w Tajlandii skłonią inwestorów do ponownej oceny ryzyka. Mówił nawet, że "mogą opuścić rynki rozwijające się na rzecz bezpieczniejszych".
Analitycy zastanawiali się, który kraj postąpi podobnie jak Tajlandia. Wymieniano Filipiny, Malezję i Koreę Południową. Azjatyckie indeksy giełdowe i kursy walut rosły w tym roku, gdyż dobra koniunktura gospodarcza przyciągnęła wielu inwestorów zagranicznych.