Ceny miedzi w piątek znów zapikowały i osiągnęły nowe ośmiomiesięczne minimum. W grudniu czerwony metal staniał łącznie aż o blisko 11 proc., przez co całoroczna zwyżka skurczyła się do "zaledwie" 44 proc. Główna przyczyna niechęci inwestorów do zakupów miedzi to wciąż rosnące zapasy metalu, które wskazują na nasycenie się rynku. Od początku roku suma rezerw monitorowanych przez giełdy surowcowe w Nowym Jorku, Londynie i Szanghaju podskoczyła o 60 proc., do 245 tys. ton. Jest to najwyższy poziom od czerwca 2004 r. Zapasy monitorowane przez giełdę w Londynie wzrosły w ciągu dwunastu miesięcy ponaddwukrotnie.
Popyt na miedź spadał w miarę, jak stawała się ona coraz droższa - w Nowym Jorku drożała przez ostatnie trzy lata za każdym razem o ok. 40 proc. Dlatego m.in. firmy budowlane zaczęły wykorzystywać inne metale. Ostatnio dodatkowo siadła koniunktura w amerykańskiej branży nieruchomości, a spory pracowników z właścicielami chilijskich kopalni, wprowadzające jeszcze niedawno nastrój gorączki na rynku, wyraźnie ucichły. To wszystko razem przełożyło się na ostre spadki na rynku. W porównaniu z majem ceny miedzi są teraz o ok. jedną trzecią niższe.
W trakcie piątkowej sesji tona miedzi w kontraktach trzymiesięcznych osiągnęła minimum na poziomie 6250 USD. Po południu płacono po 6275 USD, o 1,6 proc. mniej niż w czwartek. Tydzień wcześniej, tuż przed świętami, za tonę płacono po 6325 USD. Tymczasem majowy rekord wszech czasów to aż 8600 USD za tonę.