Pociąg się spóźniał. Zziębnięty stałem na peronie. Podszedł do mnie policjant. Nie po to jednak, by w najprostszym ludzkim odruchu zaproponować mi ciepłe kanapki, po które mógłby skoczyć do baru na stacji, czy herbatę z czajniczka, jaki pewnie był w komisariacie. Widać nie wszyscy policjanci mają ludzkie odruchy albo mają je tylko na komendę. Ten zażądał dokumentów. Dałem dowód, a on przyjrzał się podejrzliwie i znienacka zapytał: - A wizytówka z kodem DNA? Zbaraniałem. - Jak to, jaka wizytówka? Z jakim kodem? - bąkałem. - Czy Pan wypadł z pociągu, czy urwał się ze świątecznej choinki? Dowody tożsamości dobre były dziesięć lat temu. Teraz każdy musi mieć wizytówkę DNA. Skąd mam wiedzieć, że pan to pan. - Przecież pan widzi...
- Co widzę, co widzę? - ale zmierzył mnie wzrokiem. - No, może faktycznie, na terrorystę pan nie wygląda, ale kto to może wiedzieć. Wie pan, jaka jest kara za brak wizytówki? A tak dmuchnie pan do alkomatu... - Alkomatu? Władzo, trzeźwy jestem jak ryba w przeręblu - broniłem się nieporadnie. - Oj, franta pan struga. To przecież specjalny alkomat - i wyjął jakieś małe błyszczące cudo. - Bada od razu i DNA, i stężenie narkotyków w ślinie i zawartość alkoholu w wydychanym powietrzu i promieniowanie, na wypadek gdyby pan i od takich używek nie stronił. - A prawdomówność też od razu bada? Może to przy okazji wariograf jest i mp3 odtwarza? - zirytowałem się. - Ee, że też jeszcze panu żarty w głowie. Ale pewnie dojdziemy i do tego. No, dawaj pan. Porównamy dane na wizytówce z wynikiem w alkomacie i wszystko będzie jasne. Nie traćmy czasu, bo muszę jeszcze komendanta odwieźć do domu - ciągnął niezrażony. - Władzo kochana - chciałem się przymilić. - Ale ja nie robiłem w życiu badań DNA. Gdzie mi tam. Uchowaj Boże, jeszcze by się żona dowiedziała. Co to ja poseł Łyżwiński jestem?
Teraz policjant zbaraniał. - Nie dość, że obowiązku pan nie spełnił, to jeszcze pan władzy najwyższej urąga? Demokrację chce podważać - złapał gniewnie za wielką gumową pałkę przy raportówce, ale na szczęście zaraz rozluźnił uścisk. - Jaką demokrację, kapitanie najdroższy - przerażony, łagodziłem, jak mogłem. - A co, nie wie pan może, że tak zwana ustawa Łyżwińskiego zobowiązała wszystkich mężczyzn po 15. roku życia do badań DNA na koszt państwa. A przy okazji rząd uznał, że to najlepszy sposób ich identyfikacji. - Mój rząd? To w jakim kraju ja jestem? - zapytałem głupio. - A co, ja po chińsku do pana może mówię? We własnym. I niech pan uważa, bo nagrywam każde pana słowo. Już chciałem wypalić, że pewnie na alkomat, ale ugryzłem się w język. - Nagranie będzie koronnym dowodem w sądzie! - policjant już prawie krzyczał. Zimny pot mnie oblał. Nagranie, sąd, kara. O co tu u diabła chodzi. - A niech mnie pan już bierze na komisariat i kończmy tę aferę - mówię zrezygnowany. - Aleś pan nerwowy. Co to, powygłupiać się nie można - pierwszy raz spojrzał na mnie życzliwie. - Śmiej się pan. Jesteś w ukrytej kamerze - mówiąc to odchylił klapę - fałszywego, jak zrozumiałem - munduru, gdzie lśniło jakieś maleństwo wielkości główki od szpilki.
Nerwowo zachichotałem. - A jaki to program? - Szopka noworoczna - zagrzmiał jakiś ukryty chór, jak w tragedii antycznej. I zza starej, oblazłej poczekalni na peronie wyłoniła się ekipa telewizyjna, jaka zwykle w tym momencie obstępuje schwytanego w medialne sidła przypadkowego uczestnika programu. - Cholerna telewizja - pomyślałem. - Czego tam oni już nie wymyślą, żeby tylko widzów przyciągnąć i naród ogłupić. I ja za to muszę jeszcze płacić. Zamiast jednak bukietu kwiatów, ktoś z ekipy wepchnął mi do ręki jakiś dziwny, wielki kwit. Rzuciłem okiem niedbale, ale natychmiast wróciłem wzrokiem, bo coś mnie zaniepokoiło. To był rachunek! Zaczynał się od powitania: Szanowny Podatniku. A potem ktoś wielkimi wołami wyliczał: policjant na zamówienie, badanie DNA, taśmy samoprzylepne i filmowe, abonament telewizyjny, itd., itp.; nagranie gratis. I podsumował. Kwota była zawrotna. Na koniec było jeszcze polecenie przelewu - z moich podatków. Podpisano: fiskus. Zacząłem głośno krzyczeć.
I wtedy się obudziłem. Ze zdenerwowania nie mogłem już zasnąć. Zrezygnowany włączyłem telewizor. I w eter popłynęły wieści o... policjantach na peronie, taśmach prawdy, badaniach DNA. Na końcu spiker zapowiedział doroczną szopkę.