Dzisiaj w siedzibie Polskich Sieci Elektroenergetycznych spotyka się zespół sterujący ds. budowy elektrowni atomowej w Ignalinie. Przedstawiciele Litwy, Łotwy i Estonii przyjadą do Warszawy, by omówić warunki naszego przystąpienia do konsorcjum, które zajmie się realizacją atomowego projektu na Litwie. Możliwe że już dziś dostaniemy oficjalne zaproszenie do wzięcia udziału w całym projekcie. Z góry jednak wiadomo, że negocjacje nie będą należały do łatwych.

Trzy firmy: litewska Lietuvos Energija, łotewska Latvenergo i estońska Eesti Energia podpisały w 2006 roku porozumienie w sprawie budowy elektrowni. Przeprowadzono też studium wykonalności projektu. Z dokumentów, do których udało nam się dotrzeć, wynika, że za 2,5-4 miliarda euro do 2014-2015 roku można postawić w Ignalinie reaktor o mocy 800-1600 megawatów.

Początkowo naszemu udziałowi w budowie elektrowni sprzeciwiały się Łotwa i Estonia. Dostaliśmy za to poparcie ze strony Litwy. Zdobyliśmy je podczas negocjacji w sprawie mostu elektroenergetycznego, który ma połączyć Ełk i litewski Aletus. Jakich argumentów użyliśmy? Przedstawiciele polskiego rządu stwierdzili, że nie opłaca nam się współfinansować połączenia, jeśli nie będziemy mieć wpływu na źródło energii, które znajdzie się po jego drugiej stronie. Litwie natomiast bardzo zależy na jak najszybszej budowie mostu i elektrowni. Za dwa lata trzeba wyłączyć stary blok jądrowy, który pracuje obecnie w Ignalinie. Litwa chce uniknąć sytuacji, w której musiałaby kupować energię elektryczną od Rosjan.

Ze wstępnych deklaracji, jakie na początku grudnia w Wilnie składał zespół sterujący do spraw budowy elektrowni w Ignalinie, wynikało, że wszyscy czterej uczestnicy atomowego konsorcjum obejmą równe 25-procentowe udziały. Jednak premier Litwy Gediminas Kirkilkas powiedział niedawno, że Lietuvos Energija powinna mieć większy wpływ na elektrownię, bo będzie w największym stopniu odpowiedzialna za jej bezpieczeństwo.

Co na to strona polska? - Dla dobra negocjacji nie chciałbym ujawniać żadnych szczegółów - powiedział nam wczoraj Jacek Socha, prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych. Jednak z wcześniejszych wypowiedzi przedstawicieli PSE wynika, że nie będziemy za wszelką cenę domagać się jednej czwartej udziałów w Ignalinie. Inne rozwiązania również są możliwe.